Seriale, które leczą z dorosłości

Kiedy byliśmy dziećmi, sprzedano nam jedno z największych kłamstw ludzkości: mit o absolutnej wolności dorosłego życia. Obiecywano nam świat, w którym bezkarnie można jeść chipsy na kolację, wracać do domu po zmroku i samodzielnie decydować o tym w czym wyjdzie się ubranym z domu. Nikt jednak nie wspomniał o druku PIT, rozmowach o pracę, kredytach hipotecznych i tej specyficznej, powracającej w niedzielne wieczory pustce, która każe nam tęsknić za rzeczami, których nazwać nie potrafimy. Dorosłość okazała się nie tyle triumfem wolności, ile systematycznym procesem kurczenia się horyzontów. Przestaliśmy patrzeć w niebo z nadzieją na ujrzenie statków kosmicznych, a zaczęliśmy nerwowo spoglądać na konta bankowe. Na szczęście współczesna popkultura, z właściwą sobie intuicją, doskonale zdiagnozowała tę zbiorową nostalgizację. Seriale streamingowe stały się naszym cichym azylem, swoistym sanatorium dla zmęczonych rutyną umysłów. Analizując najciekawsze z nich, dochodzimy do paradoksalnego wniosku: prawdziwą sprawczość, magię i wolność tracimy bezpowrotnie w momencie, gdy odbieramy dowód osobisty.


fot. kadr z serialu „Derry Girls”, materiały promocyjne

Wszystko zaczyna się od fundamentalnego poczucia wszechmocy, które jest naturalnym stanem dziecięcego umysłu. W tym pierwszym, najbardziej niewinnym etapie naszego życia, dorośli jawią się jako istoty całkowicie ślepe, zepchnięte na margines realnych, kosmicznych wydarzeń. Idealnym tego manifestem jest fenomen „Stranger Things”. Kto w tym świecie naprawdę widzi zagrożenie i staje do walki z potworami z tej drugiej strony? Nie są to instytucje rządowe, wojsko czy racjonalni, dorośli mieszkańcy Hawkins – oni pozostają beznadziejnie nieświadomi, uwięzieni w swoich małomiasteczkowych dramatach lub biurokratycznej rutynie. Prawdziwymi obrońcami rzeczywistości staje się paczka dzieciaków na rowerach. Ich unikalna siła nie wynika z fizycznej przewagi, lecz z faktu, że ich umysły nie kierują się jeszcze tzw. zdrowym rozsądkiem. Dla nich potwory są realne, ponieważ wychowali się na uniwersum Dungeons & Dragons. Znajomość popkultury, lojalność i bezgraniczna wyobraźnia dają im unikalną intuicję, którą dorośli zatracili na rzecz pragmatyzmu. Dorastanie jawi się tu jako powolna utrata wzroku, gdzie jedynymi wyjątkami są postacie potraktowane przez los równie nieszablonowo, jak Joyce czy Hopper.

Ta dosłowność podziału na to, co widzialne dla dzieci i niewidzialne dla dorosłych, osiąga swoje apogeum w produkcji „Locke & Key”. Serial ten można uznać za bezpośredni, metaforyczny traktat o cenie pełnoletniości. Magia kluczy, ukrytych w rodowej posiadłości Keyhouse, otwiera drzwi do niesamowitych możliwości – pozwala wchodzić do własnej głowy, zmieniać postać czy kontrolować cienie. Istnieje jednak jedno bezwzględne prawo tego świata: dorośli zapominają o istnieniu magii, kiedy tylko przekraczają magiczną barierę wieku. Nawet jeśli na własne oczy ujrzą cud, ich zracjonalizowany, dorosły umysł natychmiast wyprze to wspomnienie, zamieniając je w racjonalne omamy lub zwykłą amnezję. Sprawczość i zdolność obcowania z cudownością są tu prawnie zastrzeżone wyłącznie dla dzieciństwa. Dla dorosłego widziana jest to lekcja głęboko melancholijna – uświadamia nam bowiem, że sami jesteśmy jak rodzice z tego serialu, codziennie mijający niewidzialne dla nas cuda z powodu ciasnoty naszych zracjonalizowanych umysłów.

Gdy jednak magia miesza się z realnym kryzysem, niewydolność starszego pokolenia przybiera formy groteskowe, co genialnie portretuje „Seria niefortunnych zdarzeń”. Sieroty Baudelaire – Wioletka, Klaus i Słoneczko – dysponują genialnymi umysłami, pasją czytelniczą i zmysłem inżynieryjnym. Kontrastuje to drastycznie z absolutną, niemal komediową bezradnością otaczających ich opiekunów prawnych i urzędników, na czele z przerażająco naiwnym panem Poe. Dorośli w tym świecie są bezużyteczni, zbiurokratyzowani i ślepi na oczywiste niebezpieczeństwa oraz maskarady złowrogiego hrabiego Olafa. Dzieci zmuszone są dorosnąć przedwcześnie, ale nie dlatego, że tego pragną, lecz dlatego, że świat dorosłych jest kompletnie niewydolny konstrukcyjnie. To bolesna lekcja o tym, że porządek, który rzekomo gwarantują nam starsi, to jedynie fasada.

Zupełnie inną, choć równie silną odpowiedzią na tę potrzebę ucieczki jest animowana „Pora na przygodę”. Finn i Jake w Krainie Ooo redefiniują pojęcie beztroski. Choć serial z czasem ewoluuje w stronę głębokich, egzystencjalnych pytań o przemijanie i stratę, to sama Kraina Ooo pozostaje pomnikiem świata, w którym nie trzeba rezygnować z dziecięcego zachwytu. Każdy dzień jest tam questem, każda emocja jest czysta, a dorosłość nie oznacza rezygnacji z prawa do zabawy i nieskrępowanej wyobraźni.

W pewnym momencie dzieciństwo nieuchronnie przechodzi jednak w wiek nastoletni – czas, w którym podświadomie zaczynamy czuć zbliżający się cień systemu podatków, stabilizacji i społecznych oczekiwań. To wtedy rodzi się bunt, będący ostatnim bastionem absolutnej wolności. Emocje nie są już niewinne, stają się gwałtowne, przesterowane, przeżywane na sto procent możliwości ludzkiego aparatu psychicznego. Przepięknym, pełnym humoru i ciepła zapisem tego stanu jest serial „Derry Girls”. Akcja osadzona jest w Irlandii Północnej w latach 90., w cieniu Kłopotów. Na ulicach stoją uzbrojeni żołnierze, wybuchają bomby, a brytyjskie transportery opancerzone są elementem codziennego krajobrazu. A jednak dla głównych bohaterek i angielskiego kuzyna jednej z nich, ten wielki, historyczny dramat jest zaledwie tłem. Ich mikrokosmos składa się ze szkolnych dramatów, prób zdobycia biletów na koncert Take That, pierwszych uniesień miłosnych i ucieczek przed surowym okiem siostry Michael. To potężny manifest młodości, która z pełną premedytacją odmawia bycia poważną i zaangażowaną w sposób, jakiego oczekiwaliby dorośli. Ich egoizm jest tutaj najzdrowszą formą obrony przed światem, który zwariował.

Zupełnie inną, pozbawioną już komediowego bufora intensywność odnajdujemy w kultowym brytyjskim „Skins”. To portret generacji, która bawi się, kocha i cierpi do całkowitego odcięcia prądu. Bohaterowie żyją w permanentnej ucieczce przed swoimi żałosnymi, zagubionymi rodzicami, których małżeństwa się rozpadają, a kariery zawodowe okazują się klatkami. Dla młodzieży ze „Skins” dorosłość jawi się jako nudny wyrok śmierci, powolne gnicie w garniturach, przed którym jedynym ratunkiem jest autodestrukcyjny, hedonistyczny trans. Ich błędy są bolesne, a rany głębokie, ale wszystko, co robią, pulsuje autentycznością, której próżno ukradkiem szukać w sformalizowanym świecie dorosłych. Współczesnym, mrocznym bliźniakiem tej opowieści stała się „Euforia”. Tutaj intensywność nastoletniego życia osiąga poziom niemal toksycznego ekstremum. Przebodźcowani technologią, pozbawieni jakichkolwiek stabilnych drogowskazów ze strony rodziców, bohaterowie szukają ucieczki w substancjach psychoaktywnych, ekstremalnych relacjach i kreowaniu alternatywnych tożsamości. „Euforia” nie jest prostą opowieścią o zepsutej młodzieży – to krzyk rozpaczy i bolesny dowód na to, jak potwornie nie chce się dorastać w świecie, który nie oferuje młodości żadnej sensownej alternatywy poza wejściem w bezduszną machinę konsumpcji.

Finał tej popkulturowej wiwisekcji przynosi najbardziej bolesne pytanie: co dzieje się z tymi wszystkimi genialnymi, niezwykłymi lub po prostu intensywnie żyjącymi dziećmi, kiedy w końcu dopada je nieuchronna dojrzałość? Odpowiedź, jaką serwują nam współczesne seriale, jest bezwzględna. Stają się oni straumatyzowanymi, wewnętrznie zniszczonymi dorosłymi, którzy oddaliby cały swój obecny status za możliwość choćby chwilowego powrotu do przeszłości. „Umbrella Academy” to podręcznikowe studium syndromu „zepsutych dzieci”. Jako superbohaterskie rodzeństwo adoptowane przez ekscentrycznego miliardera, mieli w młodości u stóp cały świat, dysponując potężnymi mocami i statusem celebrytów. Jako dorośli ludzie są neurotykami niezdolnymi do nawiązania zdrowej relacji intymnej, uciekającymi w alkoholizm, alienację lub toksyczne mechanizmy obronne. Ich dorosłość to nic innego jak chaotyczna, skazana na porażkę próba posklejania potłuczonego szkła własnego dzieciństwa. Moce, które kiedyś dawały im wolność, teraz są przekleństwem, a brak ojcowskiej akceptacji zniszczył ich zdolność do normalnego funkcjonowania.

Najbardziej radykalny i drastyczny kontrast pomiędzy sprawczością młodości a paraliżem dorosłości funduje nam jednak „Yellowjackets”. Serial, operując dwoma płaszczyznami czasowymi, pokazuje nam grupę nastoletnich piłkarek, których samolot rozbija się w kanadyjskiej dziczy. Tam, odcięte od cywilizacji, dziewczyny wykazują się przerażającą, ale fascynującą sprawczością – tworzą własny system wierzeń, krwawe rytuały i strukturę społeczną, która pozwala im przetrwać najgorsze koszmary. Kiedy jednak przenosimy się dwadzieścia pięć lat później, widzimy te same kobiety jako dorosłe mieszkanki przedmieść. Są uwięzione w nieszczęśliwych, pozbawionych namiętności małżeństwach, stłamszone przez nudną rutynę, uwikłane w drobne kłamstwa i zniszczone przez sekrety z przeszłości. Ta zestawiona bezpośrednio ze sobą dwoistość losu bohaterek obnaża najgorszą prawdę: paradoksalnie to w dziczy, walcząc o przetrwanie i dokonując makabrycznych wyborów, były bardziej wolne i podmiotowe niż jako poukładane, dorosłe kobiety płacące rachunki w luksusowych domach. Dorosłość okazuje się tutaj ostateczną pułapką, klatką zrobioną z konwenansów, z której nie ma już dokąd uciec.

Oglądając te wszystkie produkcje, zaczynamy rozumieć, że podział na seriale młodzieżowe i dramaty dla dorosłych jest głęboko umowny i mylący. Teorie o potworach, magicznych kluczach czy nastoletnich buntach nie są skierowane wyłącznie do nastolatków szukających na ekranie własnego odbicia. One są przede wszystkim naszą zbiorową, dorosłą autoterapią. Są wyrazem głębokiej, uniwersalnej tęsknoty za czasem, kiedy świat wokół nas miał wyraźne krawędzie, a nasze emocje nie były jeszcze stępione przez codzienną rutynę i konieczność ciągłego kompromisu. Popkultura przez te tytuły przypomina nam o istnieniu wewnętrznego dziecka, które w każdym z nas zostało w jakiś sposób uciszone, sformatowane lub wręcz uśmiercone przez rygor dojrzałości. Być może lekarstwem na dorosłość nie jest całkowity odwrót od odpowiedzialności, ale świadoma zgoda na to, by czasem założyć za dużą bluzę, wsiąść na rower i uwierzyć – choćby na czas trwania jednego odcinka – że w szafie wciąż mieszkają potwory, a my mamy dość siły, by z nimi wygrać.

Kinga Majchrzak-Telega