Dorośliśmy, a trauma została. Czego jako dzieci nie rozumieliśmy w naszych ulubionych bajkach?

Było coś niesamowicie bezwzględnego w kinie i animacji przełomu tysiącleci. Twórcy wychodzili z założenia, że dziecko to po prostu mniejszy dorosły, którego można poddać solidnej próbie nerwów. Efekt? Całe pokolenie dorastało w przeświadczeniu, że potwory spod łóżka są całkowicie realne, a samotność i egzystencjalny lęk to standardowy element wtorkowego popołudnia.


fot. kadr z filmu „Muminki na Riwierze”, materiały promocyjne

Weźmy na tapetę „Gęsią skórkę”. R.L. Stine stworzył bezpiecznik, który miał kontrolowanie straszyć, ale telewizyjna adaptacja poszła o krok dalej, uderzając w najczulszy punkt każdego dziecka: brak sprawczości i fakt, że dorośli nigdy Ci nie uwierzą. Te trzydziestominutowe historie rzadko kończyły się klasycznym, hollywoodzkim happy endem. Najczęściej ostatnia scena przynosiła twist, w którym główny bohater orientował się, że zło wygrało, a on sam został uwięziony – na przykład w ciele psa albo za ścianą nawiedzonego domu. Z perspektywy czasu ten serial uczył nas potwornej bezradności wobec świata, w którym reguły gry ustalają dorośli albo siły nadprzyrodzone, a dziecięcy głos nie ma żadnego znaczenia.

Z kolei „Chojrak, tchórzliwy pies” to majstersztyk psychologicznego horroru, który pod płaszczykiem surrealistycznego humoru przemycał obrazy głębokich traum. Krajobraz pustkowia w Nigdzie, gdzie stał dom Muriel i Eustachego, to idealna metafora całkowitej izolacji. Najmłodsi widzieli w Chojraku po prostu zabawnego, fioletowego psa, który panicznie boi się kosmitów czy potworów. Dorosły widz dostrzega w tym jednak coś o wiele bardziej ponurego – studium toksycznej relacji domowej. Eustachy, wiecznie wściekły, sfrustrowany i znęcający się psychicznie nad psem, reprezentował najgorsze ludzkie cechy. Co gorsza, potwory nawiedzające farmę często okazywały się metaforami realnych zagrożeń: przemocy, chorób psychicznych czy bezdusznego systemu, przed którym ten mały, przerażony pies musiał chronić swoją jedyną bezpieczną przystań, czyli naiwnie dobrą Muriel.

Głęboki, psychologiczny niepokój potrafił jednak uderzyć z zupełnie niespodziewanej strony – chociażby z tak kolorowej bajki jak „Dom dla Zmyślonych Przyjaciół pani Foster”. Oglądając przygody Bloo, Chudego czy Eduardo, śmieliśmy się z absurdalnych stworów zamieszkujących wielką posiadłość. Dopiero po latach dociera do nas, jak potwornie smutny i bezwzględny jest fundament, na którym oparto ten świat. Ten luksusowy dom to w rzeczywistości specyficzny azyl dla porzuconych. Zmyśleni przyjaciele trafiali tam w jednym, konkretnym momencie: gdy dzieci, które powołały ich do życia, dorastały i przestawały ich potrzebować. Serial, w ramach pozornie radosnej bieganiny, serwował nam brutalną lekcję o przemijaniu, nieuchronnym odrzuceniu i strachu przed zapomnieniem. Świadomość, że te istoty żyją w wiecznym oczekiwaniu na adopcję przez kogoś innego, desperacko pragnąc ułamka dawnej uwagi, do dziś zostawia w gardle sporą gulę.

Najgłębsze, bo niemal filozoficzne rany, zostawiły w nas jednak „Muminki”. Skandynawski chłód bije z tej opowieści na kilometr, a wszystko dlatego, że Tove Jansson pisała swoje książki jako próbę przepracowania traumy po II wojnie światowej. Dolina Muminków z pozoru była sielanką, ale nad tym kolorowym światem zawsze wisiało widmo katastrofy – komety, powodzi czy zimy, która odcinała bohaterów od świata. No i oczywiście Buka. Dla dziecka była po prostu sinym, potwornym kształtem, który zamrażał ziemię. Dzisiaj patrzy się na nią z zupełnie innej perspektywy, bo Buka to najsmutniejsza postać w historii telewizji. Jest chodzącą depresją i ucieleśnieniem absolutnej samotności. Pragnie ciepła i bliskości, ale jej własna natura sprawia, że niszczy wszystko, czego dotknie, skazując się na wieczne wygnanie.

Jeśli Buka była ucieleśnieniem depresji, która mrozi i odpycha, to Kłapouchy z „Kubusia Puchatka” pokazał nam jej zupełnie inne, codzienne oblicze. Jako dzieci widzieliśmy w nim po prostu wiecznie smutnego, nieco marudnego osiołka, któremu ciągle odpadał ogon. Dopiero z wiekiem dociera do nas, że osiołek ze Stumilowego Lasu to kliniczny przypadek niskiego poczucia własnej wartości. Kłapouchy nie wierzy, że spotka go cokolwiek dobrego, mieszka w szałasie z patyków, który wiecznie się rozpada, i z góry zakłada, że dla nikogo nie jest ważny.

Ale w tej ponurej diagnozie kryje się chyba najpiękniejsza i najbardziej dojrzała lekcja, jaką przemyciła nam ta bajka. Przyjaciele Puchatka nigdy nie próbowali Kłapouchego na siłę uszczęśliwiać. Nie mówili mu „uśmiechnij się” ani „wyjdź do ludzi”. Akceptowali jego mrok. Kiedy budowali mu kolejny szałas, robili to bez zbędnych pytań, po prostu przyjmując go takim, jaki jest. To niesamowite, że animacja dla najmłodszych, zamiast serwować toksyczną pozytywność, uczyła nas empatii wobec osób, które zmagają się z psychicznym ciężarem, pokazując, że obecność jest ważniejsza niż tanie pocieszenie.

Wracając do tych tytułów po latach, trudno nie odnieść wrażenia, że tamte bajki przygotowywały nas na dorosłość o wiele lepiej niż współczesne, ugrzecznione produkcje. Pokazywały, że świat bywa niesprawiedliwy, lęk jest częścią życia, a niektóre potwory noszą ludzkie maski.

Marcin Telega