“Kiedyś to było”, czyli seriale, które ukształtowały nasze dzieciństwo (i dlaczego wciąż do nich wracamy)

Pamiętasz ten moment, kiedy o dziewiętnastej siadało się przed telewizorem z miską płatków, a świat na zewnątrz przestawał istnieć? Dziś, jako dorośli, toniemy w mailach, podatkach i algorytmach serwisów streamingowych, które co tydzień podsuwają nam dziesiątki nowych, „przełomowych” produkcji. Seriale naszego dzieciństwa miały w sobie unikalny kod, który rozumiemy dopiero dzisiaj.


fot. kadr z serialu „Sabrina, nastoletnia czarownica”, materiały promocyjne

Zanim jednak zachłysnęliśmy się setkami kanałów z kablówki, nasze życie towarzyskie i domowy rytm dnia kręciły się wokół jednego, nienaruszalnego punktu w ramówce – Wieczorynki. Dzisiejsze pokolenie, wychowane na serwisach streamingowych, gdzie wszystko jest dostępne na jedno kliknięcie, nie zrozumie tego zbiorowego doświadczenia. O 19:00 puste podwórka były normą; całe osiedla zamierały, bo każde dziecko w tym samym momencie siadało przed telewizorem. Brak możliwości zatrzymania programu czy obejrzenia kolejnego odcinka „na żądanie” uczył nas celebracji i niesamowitej cierpliwości. To było dwadzieścia minut czystej magii, po których bez dyskusji trzeba było iść myć zęby i spać. Ta codzienna rutyna budowała poczucie wspólnoty – następnego dnia w szkole czy przedszkolu wszyscy żyliśmy dokładnie tą samą historią.

Idealnym przykładem z tamtej epoki są “Muminki”. Jako dzieci widzieliśmy w nich po prostu białe, urocze stworzenia mieszkające w malowniczej dolinie. Dopiero po latach dociera do nas genialna, momentami wręcz melancholijna głębia, którą tchnęła w ten świat Tove Jansson. Pisarka tworzyła te historie, by poradzić sobie z traumą. Dolina Muminków była bezpieczną przystanią, w której każdy dziwak – od wiecznie narzekającego Paszczaka po tajemniczego Włóczykija – miał swoje miejsce i akceptację. Dziś ten eskapizm przeżywa absolutny renesans. Muminkowe gadżety osiągają zawrotne ceny, a emaliowane garnuszki czy torby z grafikami Jansson stały się symbolem wielkomiejskiego stylu życia. Kupujemy je masowo, ale nie dla swoich dzieci – kubki stawiamy na biurkach w korporacjach jako talizman, który ma nam przypominać o tym prostym, bezpiecznym świecie.

Zupełnie inne emocje budziła w nas późniejsza rewolucja z Cartoon Network, na czele z “Laboratorium Dextera” i “Atomówkami”. To był czysty pop-art podany w formie animacji. Dexter, mały introwertyczny geniusz z wyraźnym akcentem, sprawił, że bycie nerdowskim outsiderem stało się cool na długo przed premierami hollywoodzkich sitcomów. Z kolei Atomówki przełamywały wszelkie schematy – miksowały japońskie anime z kinem gangsterskim, tworząc ikony, z którymi dziewczyny (i nie tylko) identyfikują się do dziś. Co ciekawe, w parze z dynamiczną akcją szedł genialny, absurdalny humor. Podobnie było w “Pinkym i Mózgu”. Ta tragikomiczna opowieść o dwóch myszach laboratoryjnych to przecież idealna metafora dorosłości. Każdy z nas zaczynał z ambicjami Mózga, planując podbój świata, by po trzydziestce obudzić się z chaosem w głowie na poziomie Pinky’ego.

Z perspektywy czasu niesamowite jest też to, jak te produkcje uczyły nas cynizmu i radzenia sobie z brutalną rzeczywistością. “Świat według Ludwiczka” to prawdopodobnie najlepiej napisana, słodko-gorzka animacja w historii telewizji. Jako dzieci śmialiśmy się z Ludwiczka i wybuchów jego ojca, Andy’ego. Dzisiaj legendarne teksty o wojennych doświadczeniach Andersona seniora to nie tylko memy, ale też genialny podręcznik tego, jak znosić życiowe porażki i kryzysy.

W podobne, ironiczne tony uderzała aktorska “Sabrina, nastoletnia czarownica”. Choć tytułowa bohaterka miała magiczne moce, show i tak kradł czarny, gadający kot Salem. Jego egzystencjalne rozważania o miłości do jedzenia, spania i pogardzie dla świata idealnie rezonują z każdym, kto choć raz musiał zmierzyć się z dorosłą codziennością.

Z kolei popołudniowe ramówki i weekendy należały do czystej, niczym nieskrępowanej rozrywki, która generowała masowe zjawiska. „Odlotowe Agentki” były naszym własnym, animowanym Jamesem Bondem, łączącym nastoletnie dramaty z ratowaniem świata za pomocą gadżetów ukrytych w pudrze do twarzy. Chwilę później podwórka pustoszały z powodu „Pokemonów”. Pierwsze sezony, z Pikachu, wywołały szał, jakiego telewizja wcześniej nie widziała. Zbieranie tazosów z chipsów i kart kolekcjonerskich zdefiniowało tamto pokolenie. Co ciekawe, ten głód na zbieractwo i miłość do kieszonkowych potworów nigdy w nas nie umarły.

Na samym końcu tego zestawienia stoi król internetowych memów – „SpongeBob Kanciastoporty”. To absolutny fenomen psychologiczny – kiedy oglądaliśmy go za dzieciaka, kibicowaliśmy wiecznie uśmiechniętemu, naiwnemu SpongeBobowi. Dzisiaj, po latach pracy na etacie, z przerażeniem odkrywamy, że staliśmy się Skalmarem – zrzędliwym, zmęczonym życiem sąsiadem, który marzy tylko o świętym spokoju i grze na klarnecie.

Wszystkie te seriale udowadniają jedno: popkultura naszego dzieciństwa nie była infantylna. Twórcy traktowali nas poważnie, przemycając między wierszami prawdy o świecie, które dekodujemy dopiero teraz. Dlatego w ten Dzień Dziecka warto odłożyć na bok poważne seriale dramatyczne, wyłączyć powiadomienia w telefonie i odpalić chociaż jeden odcinek z tamtych lat. Choćby po to, żeby sprawdzić, czy Buka wciąż przeraża tak samo mocno.

Kinga Majchrzak-Telega