Era Team Stefan vs Team Damon: czy dzisiejsze seriale potrafią jeszcze tak dzielić widzów?

Jeśli dorastałeś w pierwszej dekadzie XXI wieku, prawdopodobnie masz wyrobione zdanie na temat pewnego trójkąta miłosnego. Nie musisz nawet lubić wampirów, by wiedzieć, że wybór między „dobrym”, udręczonym Stefanem a „złym”, sarkastycznym Damonem był czymś więcej niż tylko preferencją estetyczną. To była deklaracja światopoglądowa, tożsamościowa, a momentami niemal religijna. Era „Pamiętników wampirów” (i pokrewnych im fenomenów, jak „Zmierzch”) była złotym wiekiem wielkich podziałów, w którym fani dobrowolnie wstępowali do konkretnych teamów. Dziś, patrząc na nieskończone biblioteki serwisów streamingowych, warto zadać sobie pytanie: czy współczesne seriale potrafią jeszcze tak skutecznie dzielić nas na obozy?


fot. kadr z serialu „Pamiętniki wampirów”, materiały promocyjne

Wydawało się, że model binge-watchingu i coraz bardziej skomplikowane, mroczne scenariusze zabiły tę prostą radość z opowiadania się po jednej ze stron. A jednak, ku zaskoczeniu wielu krytyków, na horyzoncie pojawił się serial „Tego lata stałam się piękna”. Historia Belly oraz braci Fisher – Conrada i Jeremiaha – udowodniła, że polaryzacja widowni ma się świetnie, o ile damy jej odpowiednie paliwo. Podobnie jak w przypadku Mystic Falls, dostaliśmy klasyczny układ sił: skomplikowany, zamknięty w sobie starszy brat kontra ten „bezpieczny”, złoty i radosny. Internet zapłonął na nowo. TikTok wypełnił się analizami gestów Conrada i uśmiechów Jeremiaha, a spory o to, kto „bardziej zasługuje” na Belly, do złudzenia przypominały te o Elenie Gilbert. To pokazuje, że nasza potrzeba opowiedzenia się po jednej ze stron nie wyparowała – po prostu potrzebowała powrotu do archetypów, które są stare jak sama literatura.

Fundamentem tych podziałów zawsze był i będzie czas. Choć dziś konsumujemy seriale szybciej, to właśnie produkcje wypuszczane w systemie cotygodniowym przywracają popkulturze jej „społeczny” charakter. Przymusowy post między odcinkami to najlepsze paliwo dla teorii spiskowych i kłótni na forach. Wspólne wyczekiwanie cementuje społeczność. Bez tego zawieszenia, w którym musimy przetrawić wybory bohaterki, konflikt między teamami nie miałby takiej siły rażenia.

Jednak mimo sukcesu „Tego lata…”, widać pewną zmianę w tym, jak dziś walczymy o swoich faworytów. Współczesna widownia jest znacznie bardziej wyczulona na toksyczne wzorce zachowań. O ile kiedyś mrok Damona Salvatore kwitowano wzruszeniem ramion, o tyle dziś zachowania Conrada są rozkładane na czynniki pierwsze pod kątem zdrowia psychicznego i komunikacji. Ta nowa warstwa analityczna sprawia, że dzisiejsze teamy są mniej naiwne, a bardziej zaangażowane w dyskusję o wartościach. Już nie tylko wybieramy „tego przystojniejszego”, ale licytujemy się na to, który model relacji jest zdrowszy dla głównej bohaterki. 

Można odnieść wrażenie, że era Team Stefan vs Team Damon była początkiem pewnego zjawiska, które dziś przeżywa swoją drugą młodość w nieco bardziej świadomej formie. Fragmentacja mediów sprawiła, że rzadko kiedy oglądamy to samo w tym samym czasie, ale kiedy już trafi się TEN tytuł, wracamy do starych instynktów. Algorytmy mogą nam podsuwać niszowe treści, ale serce widza wciąż tęskni za prostym, radykalnym pytaniem: „on czy on?”. 

Tęsknota za tamtymi podziałami to w gruncie rzeczy tęsknota za wspólnotą doświadczenia. Choć fani Stefana i Damona (czy Conrada i Jeremiaha) szczerze się zwalczają, łączy ich jedno: pasja do tej samej historii. Współczesny streaming rzadko kiedy potrafi wytworzyć tak silne pole magnetyczne, ale gdy mu się to udaje, przypomina nam, że nic tak nie jednoczy ludzi, jak dobra, emocjonalna kłótnia o to, kto powinien trzymać dziewczynę za rękę w ostatniej scenie finału. Być może więc największym zwycięzcą tych wojen nie okazuje się żaden z braci, ale my – widzowie, którzy dzięki kłótniom o fikcyjnych bohaterów mogliśmy na chwilę zapomnieć, że rzeczywistość rzadko oferuje nam tak proste i czarno-białe wybory. 

Kinga Majchrzak-Telega