Lekcje umierania: Jak „Pamiętniki wampirów” nauczyły nas radzić sobie ze stratą (zanim wszyscy ożyli)

Jeśli spojrzymy na „Pamiętniki wampirów” bez ironii i sentymentalnego filtra, okaże się, że ten serial – pod całą warstwą nastoletniego dramatu – przeprowadził nam bardzo intensywny kurs radzenia sobie z odchodzeniem (przynajmniej w tych pierwszych sezonach, zanim scenarzyści uznali, że śmierć to tylko urlop, z którego zawsze się wraca, a cmentarz w Mystic Falls stał się obrotowymi drzwiami).


fot. kadr z serialu „Pamiętniki wampirów”, materiały promocyjne

Jeśli spojrzymy na „Pamiętniki wampirów” bez ironii i sentymentalnego filtra, okaże się, że ten serial – pod całą warstwą nastoletniego dramatu – przeprowadził nam bardzo intensywny kurs radzenia sobie z odchodzeniem (przynajmniej w tych pierwszych sezonach, zanim scenarzyści uznali, że śmierć to tylko urlop, z którego zawsze się wraca, a cmentarz w Mystic Falls stał się obrotowymi drzwiami).

Najciekawszą lekcją było to, że nieśmiertelność wcale nie chroniła przed stratą – ona ją wręcz potęgowała. Stefan i Damon nosili w sobie żałobę po ludziach, których znali sto lat wcześniej, a każda nowa śmierć w ich kręgu przypominała im, że są ostatnimi osobami na imprezie, która dawno się skończyła. To była nauka o tym, że czas wcale nie leczy ran, on tylko przyzwyczaja nas do noszenia ciężaru. Widzieliśmy to idealnie na przykładzie Alarica – faceta, który tracił każdą kobietę, którą pokochał, i za każdym razem musiał składać się od nowa. Serial uczył nas, że odporność nie polega na twardości, ale na umiejętności funkcjonowania z wielką dziurą w środku.

Później oczywiście przyszły te wszystkie pierścienie wskrzeszania, „Druga Strona” i magiczne portale, które zamieniły śmierć w lekką niedogodność, jak zgubienie kluczy do mieszkania. Ale zanim to nastąpiło, „Pamiętniki wampirów” uczyły nas czegoś ważnego o rytuałach. Sceny przy barze w Grillu, wspólne toasty za tych, których już nie ma – to były lekcje wspólnoty w obliczu końca. W świecie wampirów śmierć była jedyną rzeczą, która zmuszała je do bycia ludźmi.

Można się śmiać, że w Mystic Falls częściej bywało się na stypach niż na lekcjach, ale to właśnie tam nauczyliśmy się, że strata jest częścią kontraktu na życie. Serial pokazywał, że odchodzenie bliskich to nie błąd w systemie, ale moment, w którym definiuje się twój charakter. Bonnie Bennett traciła babcię, Elena – rodziców, a mimo to szły dalej. To nie była „wieczna młodość” w radosnym wydaniu, to była szkoła przetrwania w świecie, który ciągle ci coś odbiera.

Najbardziej brakuje nam właśnie tej powagi pierwszych sezonów, kiedy śmierć faktycznie coś ważyła. Tej surowej świadomości, że niektóre rzeczy kończą się bezpowrotnie, a pustego miejsca przy stole nie da się załatać żadnym zaklęciem. Bo choć wampiry mają nieskończoność, ich życie nabierało kolorów dopiero wtedy, gdy ktoś im bliski odchodził na zawsze. Serial przypominał nam, że strach przed stratą to w gruncie rzeczy dowód na to, jak bardzo nam na kimś zależało. I może właśnie tej szczerości najbardziej powinniśmy zazdrościć mieszkańcom Mystic Falls – nie tego, że ostatecznie nauczyli się oszukiwać przeznaczenie, ale tego, że zanim magia wszystko zepsuła, potrafili po prostu stanąć nad grobem i przyznać, że świat bez tej jednej osoby nigdy nie będzie już taki sam.

Kinga Majchrzak-Telega