Ty wybierasz serial czy serial wybiera Ciebie: czy serwisy streamingowe wiedzą o nas za dużo?

Włączasz wieczorem serwis streamingowy na telewizorze. Nie musisz nawet wpisywać tytułu w wyszukiwarkę. System już na Ciebie czeka. Na samej górze, w sekcji „Dla Ciebie”, wyświetla się produkcja, która wygląda dokładnie tak, jakby ktoś wyciągnął ją prosto z Twojej podświadomości. Skandynawski kryminał? Proszę bardzo! Serial o przyjaciółkach w wielkim mieście? Już się ładuje! Przez chwilę czujesz się dopieszczony, niemal zrozumiany. Ale zaraz potem pojawia się to charakterystyczne ukłucie niepokoju: skąd oni, u licha, wiedzą, że właśnie tego potrzebuję? Czy serwisy streamingowe wiedzą o nas za dużo, czy może to my staliśmy się aż tak przewidywalni?


fot. kadr z serialu „Seks w wielkim mieście”, materiały promocyjne

Prawda jest taka, że współczesny streaming to nie tylko biblioteka filmów. To potężna machina analityczna, która karmi się każdym naszym kliknięciem, każdą pauzą i każdym pominiętym intrem. Serwisy streamingowe nie tylko wiedzą, co oglądamy, ale – co ważniejsze – jak to robimy. Wiedzą, w którym momencie odcinka straciłeś zainteresowanie i sięgnąłeś po telefon. Wiedzą, czy wolisz oglądać dramaty w deszczowe wtorki, czy może potrzebujesz lekkiej komedii w niedzielne poranki. Twoje konto to cyfrowy portret Twojej psychiki, nastrojów i słabości. Nie jesteś widzem – jesteś zbiorem danych, który trzeba zatrzymać przed ekranem za wszelką cenę.

Najbardziej niepokojące w tym wszystkim jest to, że te dane przestały służyć wyłącznie do podpowiadania nam seriali. One zaczęły je tworzyć. Żyjemy w erze „serialu z Excela”. Kiedyś produkcja telewizyjna była ryzykiem, wizją szalonego scenarzysty, który wierzył w historię, której nikt inny nie rozumiał. Dzisiaj giganci streamingu rzadko ryzykują. Zanim padnie pierwszy klaps na planie, algorytm już wie, że połączenie estetyki lat 80., głównego bohatera o specyficznym rysie psychologicznym i ścieżki dźwiękowej opartej na nostalgicznych hitach ma 87% szans na sukces w grupie wiekowej 18–35. W ten sposób powstają produkcje, które są idealnie skrojone pod nasze gusta, ale… pozbawione duszy. Są tak perfekcyjnie „nasze”, że aż sterylne.

Czy to oznacza śmierć artystycznej intuicji? Kiedy algorytm decyduje o obsadzie, bo wie, że konkretny aktor przyciągnie przed ekrany określoną grupę demograficzną, serial staje się produktem optymalizowanym pod kątem retencji widza. To dlatego coraz częściej mamy poczucie déjà vu. Oglądamy nowość, a czujemy się, jakbyśmy widzieli to już dziesięć razy. To nie błąd systemu, to jego cecha. Algorytm nie promuje oryginalności – on promuje to, co już raz zadziałało. Karmi nas „bezpieczną nowością”, która nie zmusi nas do wyjścia ze strefy komfortu, bo wyjście ze strefy komfortu grozi wyłączeniem aplikacji.

Jednak medale zawsze mają dwie strony. Możemy narzekać, ale jednocześnie kochamy tę wygodę. W świecie nadprodukcji treści, gdzie rocznie debiutują tysiące tytułów, algorytm pełni rolę osobistego kuratora. Chroni nas przed paraliżem decyzyjnym. Bez tej „wiedzy o nas”, spędzalibyśmy więcej czasu na scrollowaniu menu niż na samym oglądaniu. Serwisy wiedzą o nas dużo, to fakt. Wiedzą, że płaczesz przy scenach pożegnań i że masz słabość do kiepskich reality show, których wstydzisz się przyznać znajomym. Ale czy bez tej intymnej relacji, wciąż mielibyśmy tę samą frajdę z wieczornego seansu?

Granica między „pomocną personalizacją” a „bezduszną manipulacją” jest cienka. Warto jednak pamiętać, że dopóki to my trzymamy pilota, wciąż mamy resztki wolnej woli. Czasami warto oszukać algorytm. Włączyć coś zupełnie nie w naszym stylu, obejrzeć niszowy dokument z drugiego końca świata, przerwać seans w połowie, mimo że system błaga o „jeszcze jeden odcinek”. Serwisy streamingowe wiedzą o nas bardzo dużo, to prawda. Ale najciekawsze w telewizji (i w życiu) wciąż jest to, czego nie da się przewidzieć – ten nagły zachwyt czymś, czego algorytm nigdy by nam nie podpowiedział.

Kinga Majchrzak-Telega