Motyw „przybranego taty”. Dlaczego najpiękniejsze ojcostwo w serialach rodzi się z wyboru?

Czerwiec niezmiennie przynosi ze sobą refleksję nad figurą ojca – zarówno tą prywatną, jak i popkulturową. Jednak gdy zbliża się Dzień Ojca, zamiast tradycyjnych, laurkowych portretów głowy rodziny, telewizja coraz częściej serwuje nam opowieści o mężczyznach poturbowanych przez los, którzy rodzicielstwa musieli się dopiero nauczyć. Współczesna popkultura, zwłaszcza ta osadzona w realiach sci-fi, postapokalipsy czy mrocznego fantasy, wyraźnie zmęczyła się figurą nieskazitelnego, bezwzględnego twardziela. Zamiast herosów bez skazy na ekranach masowo pojawiają się dziś mężczyźni straumatyzowani i emocjonalnie zamknięci w sobie. Jednak zamiast skazywać ich na samotną walkę ze światem, scenarzyści stawiają przed nimi zupełnie inne, znacznie trudniejsze zadanie: opiekę nad dzieckiem. Tak narodził się serialowy syndrom „przybranego taty”. To motyw, który redefiniuje współczesne ojcostwo na ekranie poprzez odzieranie ich z biologicznego determinizmu, a ubierając w cichą, zmęczoną i często brutalną odpowiedzialność.


fot. kadr z serialu „The Last of Us”, materiały promocyjne

Najlepszymi przykładami tego fenomenu stali się w ostatnich latach bohaterowie grani lub dubbingowani przez Pedro Pascala: Joel Miller z „The Last of Us” oraz Din Djarin z „The Mandalorian”. Do tego panteonu zmęczonych opiekunów idealnie pasuje również Geralt z Rivii z „Wiedźmina”. Wszyscy oni są produktami swoich brutalnych, bezwzględnych światów. To faceci z przeszłością, którzy nauczyli się, że przetrwanie wymaga emocjonalnego znieczulenia. Co kluczowe, żaden z nich początkowo nie chce być ojcem. Joel postrzega Ellie jako „ładunek”, cyniczne zlecenie, które ma mu przynieść upragnione zasoby, podczas gdy Mando widzi w Grogu jedynie kolejną nagrodę za wykonany kontrakt. Nawet Geralt, choć związany z Ciri Prawem Niespodzianki, przez długi czas ucieka przed tą relacją, nie chcąc brać odpowiedzialności za los dziecka w rozdzieranym wojną świecie.

W tych przypadkach relacja zaczyna się od czystego pragmatyzmu, przypadku lub fatum. Scenarzyści celowo odrzucają mit „instynktu ojcowskiego”, który miałby aktywować się magicznie na widok bezbronnej istoty. Początek ich ojcostwa to nie miłość od pierwszego wejrzenia, ale uciążliwy obowiązek – w świecie, gdzie jutro może nie nadejść, drugie życie to przede wszystkim potężne obciążenie i słaby punkt, który wróg może bezwzględnie wykorzystać. Ewolucja tych bohaterów jest fascynującym studium psychologicznym. Joel Miller jest tu przypadkiem niemal podręcznikowym. Jego opór przed zbliżeniem się do Ellie nie wynika z braku empatii, ale z paraliżującego strachu przed ponownym przeżyciem straty. Widząc w Ellie swoją zmarłą córkę, Sarah, Joel nie widzi szansy na odkupienie tylko wyłącznie powtórkę z najgorszego koszmaru swojego życia. Podobnie Geralt ukrywa się za fasadą wiedźmińskiego braku emocji, bojąc się, że jego profesja przyniesie dziecku wyłącznie śmierć.

Prawdziwe ojcostwo w tych narracjach nie zaczyna się w momencie, gdy bohater bierze broń do ręki, by chronić dziecko. Zaczyna się wtedy, gdy decyduje się otworzyć na ból, który nieuchronnie niesie ze sobą miłość. Przełomem nie są spektakularne strzelaniny czy pojedynki na miecze, ale drobne, codzienne gesty. Nauka gwizdania, opowiadanie kiepskich żartów czy wspólny trening w murach Kaer Morhen. To właśnie ta codzienna troska i wspólnie przepracowana trauma powoli kruszą pancerz bohaterów. Joel, Din Djarin i Geralt ostatecznie kapitulują przed własnymi uczuciami, stając się dla swoich podopiecznych najbezpieczniejszą przystanią w kosmosie, na zrujnowanej Ziemi, w Galaktyce czy na Kontynencie.

Współczesna popkultura z ogromnym sukcesem eksploatuje motyw znalezionej rodziny. Przesunięcie akcentu z więzów krwi na relacje z wyboru to silny komunikat społeczny i kulturowy. Okazuje się bowiem, że genetyka jest rzeczą wtórną wobec lojalności. W klasycznych dramatach krew często wymuszała lojalność, opierając się na prostej zasadzie, że dziecku pomaga się ze względu na wspólne geny. W omawianych serialach dynamika jest całkowicie odwrócona. Bohaterowie wybierają lojalność, z której mogliby w każdej chwili zrezygnować bez żadnych prawnych czy biologicznych konsekwencji. Kiedy Din Djarin decyduje się złamać kodeks Mandalorian i wrócić po Grogu, podejmuje świadomą decyzję o rzuceniu wyzwania całemu swojemu światu. Dokładnie to samo robi Geralt, gdy wypowiada słynne słowa, że by być ojcem, potrzeba czegoś więcej niż przeznaczenia. Samo fatum nie wystarcza bo potrzebny jest wybór. Bohaterowie robią to nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że tak podpowiada im rodząca się więź. Udowadniają, że wspólnie przeżyte traumy potrafią złączyć mocniej niż jakiekolwiek drzewo genealogiczne.

Najpiękniejsze, a zarazem najbardziej niepokojące w tym serialowym ojcostwie jest to, że nie jest ono kryształowe. To miłość w czasach ostatecznych, która jest zaborcza, egoistyczna i przerażająco brutalna. Finał pierwszego sezonu „The Last of Us” stawia przecież widza przed potwornym dylematem moralnym. Joel, ratując Ellie, podejmuje decyzję wbrew całemu światu, niszcząc być może jedyną szansę ludzkości na szczepionkę. Z kolei Geralt dla bezpieczeństwa Ciri jest w stanie wyrżnąć w pień każdego, kto choćby spojrzy w jej stronę z wrogimi zamiarami. To momenty, w których ojcostwo z wyboru objawia się w swojej najbardziej skrajnej formie.

To redefinicja figury ojca, na którą współczesny widz czekał. Nie szukamy już na ekranie idealnych, nieomylnych autorytetów. Szukamy zmęczonych ludzi, którzy w obliczu ostatecznego nihilizmu decydują się zaryzykować wszystko dla jednej, konkretnej osoby. Bo bycie ojcem we współczesnych serialach to nie kwestia biologicznego przypadku, tylko seria codziennych, piekielnie trudnych wyborów, na które stać tylko najodważniejszych.

Marcin Telega