„Słuchaj, Ania, trzeba zrobić serial o Heweliuszu” | Netflix: case study “Heweliusza”

„Heweliusz”, najnowszy polski serial oryginalny Netflixa, od premiery podbija serca widzów i wzbudza ogromne emocje. O tym, jak powstawał serial i jak nakręcić coś, czego, teoretycznie, nakręcić się nie da, opowiedzieli twórcy podczas panelu Pro Industry na BNP Paribas Warsaw SerialCon. Rozmowę prowadził Kuba Razowski, producent z ramienia Netflixa, a jego gośćmi byli producentka serialu Anna Kępińska oraz przedstawiciele wielokrotnie nagradzanego studia VFX i post produkcji, NOLABEL: Mateusz Liśkiewicz i Gaweł Jacyków.  


fot. Maks Małota

W imieniu nieobecnego szefa zespołu, Krzysztofa Hrycaka, odczytano krótką wiadomość, w której przypomniał, że mijają właśnie 29 dni od premiery serialu. Opinie widzów i wyniki oglądalności przeszły ich najśmielsze oczekiwania. Zwrócił także uwagę na to, że nikt nie mówi o CGI i efektach specjalnych. W normalnych okolicznościach nie jest to komplement, ale w przypadku „Heweliusza” to powód do dumy, efekty miały być niewidoczne z założenia. Ania zapytała, czy jesteśmy w stanie zrobić cyfrowe ujęcia tak, by wyglądały jak filmowe. Powiedziałem: tak. Ale niepewność była z nami długo, aż do momentu, gdy po 67 wersjach jednego ujęcia wzorcowego Ania i Janek powiedzieli: wow – napisał Hrycak. 

Zanim jednak powstało pierwsze ujęcie, pojawiło się zdanie, od którego zaczęła się cała historia. Słuchaj, Ania, trzeba zrobić serial o Heweliuszu – powiedział do producentki scenarzysta, Kasper Bajon. To był moment, w którym ruszył research, ale też się pojawiły trudne decyzje dotyczące zwłaszcza odpowiedzialność wobec rodzin ofiar prawdziwej katastrofy. Producentka serialu mówiła o potrzebie znalezienia równowagi między dramaturgią a wrażliwością. Konsultowano się z ekspertami i częścią rodzin, ale podkreślano, że nie będzie odwzorowania historii 1:1. Najbardziej zbliżona jest historia wdowy i córki kapitana, lecz i ona została przekształcona przez wyobraźnię twórców. 

Już na wczesnym etapie Ania wiedziała, że przy tak ogromnej skali najważniejsza będzie spójność efektów, dlatego, inaczej niż przy „Wielkiej wodzie”, postawiono na pracę z jednym studiem VFX. Zdecydowali się na współpracę z NOLABEL, którzy także współtworzyli efekty do „Wielkiej wody”. To szef zespołu przyszedł z pomysłem, nakręcenia scen katastroficznych w specjalistycznej hali basenowej pod Brukselą, jednej z najlepiej przystosowanych do zdjęć wodnych w Europie. Możliwość kontrolowania fal, wiatru, oświetlenia i bezpieczeństwa okazała się kluczowa.  

Zdjęcia powstawały nie tylko w Belgii, ale także w Polsce: w hali w Warszawie, którą trzeba było dodatkowo zabezpieczyć przed wodą, oraz na prawdziwym morzu w Gdyni i Świnoujściu. 

Równolegle trwał research dotyczący samego sztormu. Materiały z internetu, rozmowy z kapitanami na temat specyfiki Bałtyku. Ania Kępińska podkreśliła także, że czasem w takich sytuacjach najlepiej sprawdza się jednak intuicja, na przykład przy ustalaniu skali fal względem promu. Co ciekawe, pierwsze ujęcie CGI powstało jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Był to test, który miał sprawdzić, czy kompletnie cyfrowa scena wtopi się w materiał dopiero realizowany na planie. Ujęcie nie tylko przeszło ten test, ale finalnie trafiło do serialu.

Jesienią 2023 odbyły się pierwsze próby w Belgii, wyłącznie z udziałem kaskaderów. Na ich podstawie NOLABEL przygotowało testy, które miały udowodnić, że zarejestrowany materiał da się twórczo przetworzyć i połączyć z CGI. Później przyszły testy w Polsce. Tymczasem na poziomie scenariuszowo-realizacyjnym prace toczyły się od 2021 roku, kiedy powstał pierwszy pomysł, poprzez 2022 (pisanie), 2023 (preprodukcja), aż po zdjęcia, które trwały od 5 stycznia do połowy sierpnia 2024. Montaż trwał około roku, co, jak podkreślili twórcy, jest niezwykle krótkim czasem przy tak skomplikowanej produkcji. W sumie „Heweliusza” tworzyło 3000 statystów, ekipa pracowała w 70 lokacjach przez 105 dni zdjęciowych. 

Jednym z kluczowych etapów było rozpisanie scen katastroficznych. Reżyser Jan Holoubek wziął wszystkie sekwencje i rozrysował je, jednocześnie stwierdzając (oczywiście tylko przed sobą samym): tego nie da się zrealizować. To właśnie ten moment nadał panelowi tytuł. Tak rozpoczęła się wspólna analiza ujęcie po ujęciu: co można zrobić na planie, co trzeba wykonać cyfrowo, a co będzie połączeniem obu metod. Twórcy mieli zasadę, by realizować maksymalnie dużo fizycznie, na planie.  

Role marynarzy, choć nie należały do największych, wymagały ogromnej sprawności fizycznej. Każdy przechodził testy basenowe i ćwiczenia z kaskaderami.  

W serialu znalazło się około tysiąca ujęć efektowych, choć początkowo zakładano około 600/700. Wiele z nich to tzw. „niewidzialne efekty”, na przykład spadające naczynia, poprawianie światła czy usuwanie elementów planu. Twórcy ujawnili też swoje największe „oszustwo”: w prawdziwym sztormie nie ma błyskawic, ale w filmie były niezbędne, by oświetlić kadry, inaczej widzielibyśmy jedynie czerń.  

Podczas panelu pokazano liczne materiały ukazujące kontrasty między surowym planem a finalnymi scenami, pełne CGI sztormy, porównania warstw efektów. NOLABEL opowiadali, że na początku filmowcy i graficy mówili „innymi językami”, więc stworzono specjalne narzędzia, które pozwoliły tłumaczyć komputerowe procesy na język filmowy.  

Panel zakończyły pytania publiczności i podziękowaniami gości dla Festiwalu BNP Paribas Warsaw SerialCon, za możliwość przedstawienia pracy nad „Heweliuszem” z innej perspektywy.  

Zuzanna Śnieżyńska