Nostalgia za latem, którego nigdy nie było

To specyficzne ukłucie w klatce piersiowej, które czujemy podczas oglądania rozgrzanych słońcem kadrów, doczekało się już nawet swojej nazwy. Psychologowie i popkulturalni badacze mówią o anemojii – tęsknocie za czasem i miejscem, których nigdy sami nie doświadczyliśmy. Najbardziej jaskrawym dowodem na istnienie tego zjawiska stała się nasza zbiorowa, streamingowa obsesja na punkcie analogowego lata. Masowo uciekamy w opowieści o wakacjach osadzonych w minionych dekadach, i to bez względu na to, czy na własnej skórze pamiętamy tamte lata, czy urodziliśmy się długo po nich. Retro lato ma bowiem w popkulturze unikalną, namacalną teksturę. Składa się z braku smartfonów, skrzypiących łańcuchów rowerowych, kurzu unoszącego się na prowincjonalnych drogach i sekretów, których nie da się wygooglować w trzy sekundy.


fot. kadr z serialu „Ripley”, materiały promocyjne ©Netflix

Współcześni twórcy serialowi doskonale nauczyli się tą tęsknotą zarządzać, budując dla nas idealne, wizualne schronienia. Współczesny widz, przebodźcowany algorytmami i permanentną dostępnością online, cierpi na chroniczny deficyt tajemnicy. Kiedyś, by dowiedzieć się czegoś o rówieśniku z sąsiedztwa, trzeba było z nim porozmawiać lub zapytać wspólnych znajomych. Dziś wystarczy kilka kliknięć. Streaming doskonale wyczuł ten deficyt i zaczął pakować dawny styl życia jako luksusowy produkt, w którym nuda była twórcza, a samotność nie oznaczała natychmiastowego sięgania po telefon. Ta tęsknota nie jest jednak zwykłym sentymentem. To potężny mechanizm psychologiczny obronny przed rzeczywistością, która pędzi zbyt szybko. Kupujemy nie tyle konkretne historie, ile obietnicę świata o wyraźnie zarysowanych granicach.

Najlepszym tego przykładem jest trzeci sezon „Stranger Things”, który z inżynieryjną wręcz precyzją odtworzył popowy mit amerykańskich lat osiemdziesiątych. Przebojowe centrum handlowe, neonowe baseny i wszechobecna estetyka synthwave nie służą tam wyłącznie jako tło dla walki z potworami. Ciepłe filtry i przesycona kolorami paleta barw tworzą iluzję świata, w którym zagrożenie – choć śmiertelne – wydaje się łatwiejsze do okiełznania niż współczesny, cyfrowy szum. Oglądając dzieciaki z Hawkins jeżdżące na rowerach po zmroku, nie myślimy o niebezpieczeństwie ze strony Upside Down. Myślimy o tym, jak fascynujące było życie, kiedy jedynym łącznikiem ze światem była krótkofalówka o ograniczonym zasięgu. Podobny mechanizm, ale na zupełnie innych tonach, wykorzystuje „Tego lata stałam się piękna”. Choć akcja dzieje się w czasach współczesnych, cała scenografia mitycznego Cousins Beach, dom nad oceanem i wszechobecne złote światło ostentacyjnie ignorują nowoczesność. To czysta stylizacja na przełom wieków, w której największym dramatem jest pierwsze złamane serce na plaży, a świat zewnętrzny z jego realnymi problemami po prostu nie ma tam wstępu. Seriale te stosują zabieg, który można nazwać estetycznym eskapizmem. Twórcy eliminują z kadru wszelkie atrybuty nowoczesnej technologii lub spychają je na tak daleki plan, że stają się niewidoczne. Zamiast tego dostajemy ekrany zalane słońcem, dźwięk cykad i obietnicę, że czas płynie wolniej. To nie jest rekonstrukcja historyczna – to fabrykacja idealnego wspomnienia.

Ta potrzeba powrotu do czasów, gdy kontakt z drugim człowiekiem wymagał fizycznej obecności, wybrzmiewa najsilniej w produkcjach takich jak „Cruel Summer” oraz „Jeden dzień”. Pierwsza z nich, osadzona w samym środku lat dziewięćdziesiątych, traktuje nostalgię jako narzędzie suspensu. Wakacje z 1993 roku są skąpane w tak nienaturalnie jasnym, słonecznym blasku, że widz podświadomie czuje nostalgię za tą nastoletnią, analogową niewinnością, zanim fabuła brutalnie jej nie odbierze. Słońce staje się tu niemal osobnym bohaterem – jego intensywność na ekranie kontrastuje z mrokiem tajemnicy, którą kryją postacie. Z kolei w „Jednym dniu” obserwujemy letni upływ czasu na przestrzeni dwudziestu lat, zaczynając od lipca 1988 roku. Śledząc tę historię, tęsknimy nie tylko za samymi bohaterami, ale za światem, w którym miłość i przyjaźń budowało się za pomocą kaset magnetofonowych i nerwowego czekania przy telefonie stacjonarnym. Współczesny widz, przyzwyczajony do komunikatorów dających natychmiastową informację o przeczytaniu wiadomości, z zapartym tchem ogląda bohaterów, którzy mijają się w wielkich miastach, bo nie mieli jak do siebie zadzwonić. Ta niedostępność i trudność w nawiązaniu kontaktu paradoksalnie podnoszą wagę prezentowanych uczuć. Miłość w „Jednym dniu” waży więcej, ponieważ wymagała wysiłku, cierpliwości i zgody na niepewność. To powolniejsze, bardziej uważne życie bez internetu staje się dla nas najbardziej pożądanym towarem luksusowym, za który płacimy swoim czasem przed ekranem.

Ta zbiorowa ucieczka od cyfrowego zmęczenia nie ogranicza się jednak wyłącznie do nastoletnich dramatów i popowych przebojów z kaset. Pokazuje to czarno-biały „Ripley” od Netflix. Choć twórcy rezygnują z tradycyjnych, ciepłych filtrów retro, to poprzez hipnotyzujące kadry włoskiego wybrzeża z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tworzą bodaj najbardziej magnetyczną iluzję wolniejszego czasu. Brak koloru paradoksalnie wzmacnia wrażenie obcowania z czymś dawnym, szlachetnym i trwałym. Architektura, faktura ubrań i gra cieni stają się ważniejsze niż dynamiczny montaż. Intryga Toma Ripleya opiera się na fizyczności: na pisaniu listów na maszynie, podrabianiu paszportów, czekaniu dniami na telegramy w małych urzędach pocztowych. Współczesny widz, uwięziony w świecie natychmiastowych powiadomień i algorytmów śledzących każdy jego krok, patrzy na to europejskie, analogowe lato z nabożnym zachwytem. W świecie Ripleya ucieczka przed prawem, ale też przed samym sobą, wymagała fizycznego przemieszczenia się, zmiany hotelu, pociągu, tożsamości bez pozostawiania cyfrowego śladu. Dla współczesnego człowieka możliwość bycia niewidzialnym w sieci jest luksusem niemal nieosiągalnym. Oglądanie bohatera, który znika we włoskich zaułkach, przynosi dziwną, podświadomą ulgę.

Ostatecznie okazuje się, że wszystkie te seriale – niezależnie od tego, czy serwują nam syntezatory z lat osiemdziesiątych, czy surowość lat dziewięćdziesiątych – handlują dokładnie tym samym marzeniem. Sprzedają nam wizję lata bez powiadomień na ekranie, w którym zniknięcie z radaru było jeszcze możliwe, a słońce, dzięki odpowiednim filtrom, wydawało się świecić o wiele cieplej. Serwisy streamingowe dokonały genialnego rynkowego paradoksu: używają najbardziej zaawansowanych, cyfrowych technologii i algorytmów, aby sprzedać nam tęsknotę za światem, w którym te technologie nie istniały. Zamiast jednak ganić ten mechanizm, warto dostrzec, jak głęboką potrzebę on zaspokaja. Te cyfrowe pocztówki z przeszłości są wentylem bezpieczeństwa dla pokolenia, które zaczyna dostrzegać koszty ciągłego bycia online. Dopóki ekrany naszych telewizorów i smartfonów będą potrafiły tak pięknie kłamać na temat minionych lat, dopóty będziemy chętnie kupować bilety na te nostalgiczne podróże, szukając słońca, które nigdy dla nas tak naprawdę nie zaszło.

Kinga Majchrzak-Telega