Piekło w raju | Wakacje jako metafora upadku obyczajów

Przez dekady wakacyjny kurort funkcjonował w zbiorowej wyobraźni jako przestrzeń utopijna – enklawa wolna od trosk, zawieszona poza czasem i codziennym kieratem obowiązków. Współczesna popkultura brutalnie jednak weryfikuje ten mit. Luksusowe tła, zamiast służyć eskapistycznej rozrywce, stają się w kinie i telewizji soczewką skupiającą najgorsze ludzkie cechy oraz strukturalną zgniliznę późnego kapitalizmu. Wakacje przestały być ucieczką od rzeczywistości, a stały się miejscem, gdzie ta rzeczywistość ulega monstrualnemu zagęszczeniu.


fot. kadr z serialu „Biały Lotos”, materiały promocyjne © HBO

W serialach takich jak „Biały Lotos” Mike’a White’a, rajskie scenerie Hawajów, Tajlandii czy Sycylii nie są jedynie estetycznym tłem, ale aktywnym uczestnikiem klasowego dramatu. Współczesny luksusowy turysta nie kupuje bowiem wyłącznie noclegu w pięciogwiazdkowym standardzie – kupuje iluzję absolutnej wszechmocy. Granica między profesjonalną usługą a ekonomicznym poddaństwem ulega całkowitemu zatarciu. Lokalna obsługa hotelowa staje się przezroczystym elementem krajobrazu, maszyną do spełniania najbardziej kapryśnych zachcianek bogaczy.

Późny kapitalizm sprowadza relacje międzyludzkie do transakcji. Kiedy w „Białym Lotosie” dochodzi do tragedii, machina kurortu ani na chwilę nie zwalnia biegu. Śmierć człowieka jest tu jedynie drobnym zakłóceniem w harmonogramie dostarczania przyjemności. Bogaci goście wracają do swoich apartamentów, a lokalni pracownicy w milczeniu zmywają krew, ścieląc łóżka dla kolejnego turnusu. W wyjazdowych odcinkach „Sukcesji” toskańskie wille czy surowe norweskie fiordy służą rodowi Royów wyłącznie jako atrakcyjna makieta do prowadzenia bezwzględnych wojen biznesowych. Piękno natury zostaje zredukowane do roli tapety, na tle której magnaci medialni niszczą sobie nawzajem życie, traktując miejscowych jak statystów bez własnej podmiotowości.

Urlop z założenia ma być czasem zawieszenia reguł wolnorynkowej rywalizacji. W praktyce dzieje się coś dokładnie odwrotnego: na wakacjach często stajemy się najgorszą wersją samych siebie, ponieważ podświadomie przenosimy tam nawyki z drapieżnej codzienności. Zjawisko rezerwowania leżaków o szóstej rano czy nasz rodzimy, bałtycki parawaning to nic innego jak mikro-kapitalizm w wersji mikro-agresji. Plaża przestaje być dobrem wspólnym, a przekształca się w pole bitwy o ograniczone zasoby. Postawienie parawanu to w gruncie rzeczy akt kolonizacji przestrzeni, odzwierciedlający głęboko zakorzenioną potrzebę grodzenia własnej mikrodziałki i odcięcia się od obcych, postrzeganych jako zagrożenie.

Z kolei figura „starego na wakacjach” – z jego ikonicznymi skarpetkami do sandałów i permanentną frustracją – przestaje być wyłącznie internetowym memem, a staje się tragicznym symbolem człowieka wyrwanego z korporacyjnego świata. Człowiek ten, zmuszony do nagłego odpoczynku, nie potrafi odnaleźć się w strukturze bezczynności. Luksusowy anturaż brutalnie obnaża jego przaśność, której nie da się zmyć w hotelowym basenie. Idealnym tego przykładem jest Shane z pierwszego sezonu „Białego Lotosu”. Choć reprezentuje amerykańską elitę finansową, zachowuje się jak archetypowy, roszczeniowy wczasowicz – zamiast cieszyć się podróżą poślubną, całą swoją energię wkłada w wojnę z menadżerem o to, że otrzymał pokój o niższym standardzie niż ten, za który zapłacił.

System późnego kapitalizmu narzuca nam imperatyw produktywności nawet w czasie wolnym. Wakacje stają się inwestycją, która musi przynieść określony zwrot – najlepiej w postaci kapitału społecznego mierzonego lajkami na Instagramie. Współczesny turysta cierpi na syndrom wymuszonych dobrych wspomnień. Skoro urlop kosztował kilka lub kilkanaście tysięcy złotych, rzeczywistość musi bezwzględnie dopasować się do wyidealizowanego obrazu z folderu reklamowego. W efekcie zamiast doświadczać wypoczynku, reżyserujemy go. Każdy posiłek, zachód słońca i uśmiech na plaży stają się produktem poddawanym cyfrowej obróbce. Pojawia się głęboka, egzystencjalna frustracja, gdy okazuje się, że mimo idealnych filtrów, wewnątrz wciąż tli się ta sama pustka. Ten mechanizm doskonale dekonstruuje serial „Dziewięcioro nieznajomych”. Bohaterowie płacą astronomiczne sumy za pobyt w luksusowym ośrodku wellness Tranquillum House, desperacko poszukując duchowego uzdrowienia i naprawy własnej psychiki. Kapitalizm spakietował i sprzedał im duchowość jako produkt premium. Joga, medytacja i rygorystyczna dieta nie służą jednak wewnętrznemu wyzwoleniu, lecz optymalizacji jednostki – tak, aby po powrocie z raju mogła ona jeszcze wydajniej funkcjonować w bezwzględnym systemie ekonomicznym.

Najbardziej przerażającym aspektem wakacji w dobie późnego kapitalizmu jest moment, w którym cichną codzienne bodźce. Gdy zamyka się ekran laptopa i odkłada służbowy telefon, bogacz zostaje sam na sam z własnym wnętrzem. Luksusowy kurort okazuje się wówczas złotą klatką, która zamiast chronić przed światem, obnaża totalne wyjałowienie emocjonalne swoich mieszkańców. W „Sukcesji” wyjazdy rodzinne regularnie demaskują całkowity brak autentycznych więzi między bohaterami. Członkowie klanu Royów nie potrafią po prostu współistnieć bez knucia intryg i walki o władzę. Pozbawieni biznesowego kontekstu stają się przerażająco pustymi skorupami. Popkultura wysyła jasny komunikat: możesz kupić bilet na drugi koniec globu, uciec w najbardziej egzotyczny zakątek Ziemi, jednak cały swój bagaż neuroz, lęków i niespełnionych ambicji zabierasz ze sobą w bagażu podręcznym. Resorty stają się tym, co socjolog Marc Augé nazwał niemiejscami – sterylnymi przestrzeniami pozbawionymi tożsamości, które wyglądają identycznie w Dubaju, na Malediwach czy w Egipcie. Bogaty turysta ucieka w egzotykę, ale tak naprawdę panicznie się jej boi, dlatego wybiera bezpieczną, skomercjalizowaną makietę, w której prawdziwy świat zostaje odcięty pięcioma basenami, siedmioma parawanami i dziewięcioma murami.

Analiza współczesnych narracji serialowych prowadzi do ponurego wniosku. Wakacyjny kurort przestał być obietnicą zbawienia, a stał się ostatecznym potwierdzeniem naszej kapitulacji wobec systemu. Pokazuje, że ucieczka przed mackami konsumpcjonizmu i kapitalizmu jest niemożliwa, ponieważ nosimy je głęboko zakodowane w naszych zachowaniach, potrzebach i lękach. Oglądając „Biały Lotos” czy „Sukcesję”, nie śmiejemy się z oderwanych od rzeczywistości milionerów. Śmiejemy się z samych siebie, stojących o świcie na plaży z parawanem w ręku, w rozpaczliwej próbie wyszarpania systemowi choćby metra kwadratowego upragnionego raju.

Kinga Majchrzak-Telega