
Lubię czekać na kolejny odcinek | Stars on Stage by BNP Paribas: Agnieszka Podsiadlik i Ireneusz Czop
Gwiazdy na scenie, gwiazdy na ekranie. Ireneusz Czop i Agnieszka Podsiadlik opowiedzieli o swoich rolach, pracy nad historią i serialowych ulubieńcach na Stars on Stage BNP Paribas Warsaw SerialCon.

Choć na ekranie występują w dwóch zupełnie różnych światach, podczas panelu Stars on Stage na BNP Paribas Warsaw SerialCon połączyła ich między innymi rywalizacja o tę samą nagrodę dla najlepszego serialu roku. Agnieszka Podsiadlik zagrała postać Łucji Wenter w „Czarnej śmierci”, a Ireneusz Czop Johanna Holtza w „Breslau”. Oboje opowiadali o kulisach pracy, wyzwaniach aktorskich i o tym, jak poprzez seriale wracają do tematów, które wciąż rezonują ze współczesnością.
Rozmowa rozpoczęła się od „Czarnej śmierci”, podkreślono, że jest to serial inspirowany prawdziwymi wydarzeniami – epidemią czarnej ospy we Wrocławiu. Podsiadlik wciela się w bohaterkę stworzoną na podstawie mężczyzny, lecz ostatecznie wykreowaną postać niewiele łączy z pierwowzorem. To była agentka, niezwykle atrakcyjna, inteligentna, błyskotliwa. Kobieta, która w świecie lat 60-tych, zdominowanym przez mężczyzn, musi walczyć o swoją pozycję. A jednocześnie skrywa osobistą tajemnicę – opowiadała aktorka.
Praca nad rolą wymagała od niej zanurzenia się w realia epoki, ale też stworzenia bohaterki „z krwi i kości” na nowo. To kobieta nowoczesna jak na tamte czasy – pewna siebie, świadoma swojej siły, światowa. Musiałam przetłumaczyć ją na język lat 60-tych, ale też myśleć o tym, jak zachowywałaby się dzisiaj – podkreślała.
Podsiadlik zwróciła uwagę, że serial, mimo że historyczny, budzi bardzo aktualne skojarzenia. Epidemia sprzed lat, a my wszyscy pamiętamy pandemię. Emocje są identyczne: strach, lęk o zdrowie, o bliskich, o byt. To, co niezmienne, to reakcje ludzi – mówiła. Duży wpływ na ostateczny kształt „Czarnej śmierci” miał reżyser Kuba Czekaj, znany z wyrazistej formy. Archiwalne zdjęcia, stylizowane kadry i kolorystyka, to wszystko tworzy pomost między przeszłością a współczesnością.
Serial „Breslau” przenosi widzów do przedwojennego Wrocławia, tego samego miasta, ale zupełnie innego świata. Ireneusz Czop gra tam postać, którą określa się często jako drugoplanową, ale według Agaty Kuleszy, jego serialowej partnerki, tak naprawdę pierwszoplanową, bo głównego antagonistę.
Kiedy reżyser Leszek Dawid zaproponował mu rolę obersturmführera, pierwszą reakcją aktora była myśl: „Co by pomyślała babcia?”. Aktor jednak po chwili dodał: Potem zobaczyłem, że to historia nie o potworze, tylko o człowieku. O czułym ojcu, przyzwoitym człowieku, który dopiero później skręca w mrok. To postać złożona, pełna konfliktów.
Wrocław tamtych lat był idealnym tłem do opowiadania wielu warstw historii. To miasto wcale nie jest czarne. Jest kolorowe, wielowymiarowe. Pełne przestrzeni, czasu, różnych środowisk: politycznych, społecznych, biedy, kabaretów, alkoholu, narkotyków. Zanurzenie się w to wszystko było doświadczeniem intensywnym, ale też fascynującym.
Największym wyzwaniem okazało się znalezienie balansu między realiami epoki a oczekiwaniami współczesnej widowni. Trzeba było przetłumaczyć język emocjonalny tamtych czasów. Oficerowie byli szorstcy, zamknięci, trudno w nich odnaleźć czułość. A jednak to film, więc widz oczekuje człowieka. Trzeba było zmiksować tamten świat z moją współczesną wrażliwością.
Czop poruszył też temat „Wielkiej wody” – serialu, który także został nakręcony we Wrocławiu. Wcielił się w nim w Andrzeja Rebacza – buntownika opartego na trzech prawdziwych postaciach. Wspominał miejsca, w których nagrywali poszczególne sceny oraz ogromny wysiłek fizyczny związany z tą produkcją. Podkreślił również swój podziw dla postaci takich jak Andrzej: ci ludzie walczyli o ziemię, o ojcowiznę.
Aktorzy zostali zapytani także o to jak oglądają seriale i jakie gatunki najbardziej lubią. Przyznali, że są wiernymi widzami seriali, choć na zupełnie innych zasadach.
Ireneusz Czop ogląda wszystko. Nawet jeśli serial nie jest dobry, może mieć świetną scenę. W ostatnich latach seriale tak wywindowano jakościowo, że często wolę obejrzeć serial niż film. To jak szlachetny kamień, który opracowywano latami. Dodaje, że oglądanie seriali może być łączącym rytuałem dla całej rodziny – wracanie do starszych produkcji, pokazywanie ich młodszym, wspólne czekanie na kolejne odcinki.
Agnieszka Podsiadlik z kolei nie należy do tych, którzy zarywają noce. Lubię czekać na kolejny odcinek. Tę ekscytację, że historia jeszcze się toczy. Oboje cenią różnorodne gatunki.
Zuzanna Śnieżyńska
