Guilty pleasure w serialach – czy jest za co być guilty?

Publiczne usprawiedliwianie swoich wyborów kulturalnych stało się jedną z najbardziej męczących manier współczesnego widza. Przyznaniu się do oglądania lekkiego serialu niemal zawsze towarzyszy asekuracyjny uśmiech, ironiczny cudzysłów albo dyżurna formułka o „wyłączaniu mózgu po ciężkim dniu”. Pojęcie guilty pleasure stało się naszym alibi — wytrychem, który ma ochronić nasz wizerunek intelektualisty przed posądzeniem o brak gustu. Ta ciągła potrzeba tłumaczenia się z tego, co odpalamy na ekranie, mówi jednak znacznie więcej o naszym zbiorowym snobizmie niż o samej jakości oglądanych produkcji.


fot. kadr z serialu „Słodkie kłamstewka”, materiały promocyjne © ABC Family

Ostatnie dwie dekady przyzwyczaiły nas do „złotej ery telewizji”, która zrezygnowała z czystej rozrywki na rzecz rywalizacji z ambitnym kinem i literaturą. Ambicją nowych seriali stało się bezlitosne diagnozowanie społecznych traum, gęsta symbolika i egzystencjalny mrok. Wjechaliśmy w te klimaty tak głęboko, że niechcący uznaliśmy prostą zależność: wartościowa sztuka to tylko ta, która wymaga analitycznego wysiłku, boli i zostawia nas z poczuciem niepokoju. W takim myśleniu każda forma ekranowej lekkości zaczyna wyglądać niemal jak estetyczna zdrada.

A wystarczy odrzucić ten kulturowy purytanizm, by dostrzec, że formaty uznawane za błahe robią kawał świetnej, psychologicznej roboty. Tasiemce medyczne, proceduralne kryminały czy dramaty sądowe, operujące ciągle tym samym schematem, bywają krytykowane za wtórność. Z perspektywy naszego przebodźcowanego mózgu dają nam jednak coś absolutnie bezcennego: poczucie bezpieczeństwa. W świecie pełnym chaotycznych zmian i ciągłej niepewności, możliwość obejrzenia historii, w której ład i sprawiedliwość zostają przywrócone równo po 40 minutach, działa jak idealna kotwica. To nie żaden intelektualny regres, tylko w pełni świadomy odpoczynek od ciągłej analizy.

Podobnie jest z produkcjami, gdzie fabuła to pretekst do pokazywania luksusowych wnętrz, widowiskowych stylizacji i pocztówkowych widoków — od paryskich uliczek po wielomilionowe posiadłości w Kalifornii. Rzadko oglądamy je z naiwności czy bezkrytycznego zachwytu. To raczej ucieczka w czysty maksymalizm estetyczny i kompres na oczy zmęczone szarą, przewidywalną codziennością. Taki seans pełni funkcję wizualnej odskoczni, do której mamy pełne prawo.

Zresztą — spójrzmy na to od strony warsztatu. Zrobienie serialu, który nie przytłacza ciężkim klimatem, a jednocześnie trzyma w napięciu, ma idealne tempo i serwuje idealnie wymierzone cliffhangery, wymaga ogromnego rzemiosła. Często o wiele łatwiej zbudować „ambitny” autorytet dzieła ponurą atmosferą, powolnymi ujęciami i niedopowiedzianym zakończeniem, niż utrzymać uwagę widza samą czystą dynamiką scenariusza. Lekkość w popkulturze rzadko jest dziełem przypadku — to zazwyczaj precyzyjna inżynieria uwagi.

Dojrzałość w relacji z kulturą polega po prostu na tym, że przestajemy przepraszać za to, co nam sprawia frajdę. Oglądanie lekkich czy wręcz przerysowanych serii nie sprawia, że automatycznie tracimy zdolność do doceniania wyrafinowanego kina — tak jak zjedzenie fast foodu nie przekreśla naszego gustu kulinarnego. Jedynym prawdziwym grzechem w obcowaniu z popkulturą pozostaje hipokryzja i zmuszanie się do oglądania „trudnych” dzieł wyłącznie na pokaz. Czas wreszcie włożyć pojęcie guilty pleasure między bajki i dać sobie prawo do czystej przyjemności z oglądania. Bez cienia poczucia winy.

Kinga Majchrzak-Telega