Dlaczego wciąż tęsknimy za latami 90.?

Świat pędzi naprzód, a my uparcie patrzymy w lusterko wsteczne. Choć dekada lat 90. kojarzy się z ortalionem, szumem kaset magnetofonowych i estetycznym chaosem, współczesna popkultura nie potrafi o niej zapomnieć. Dlaczego nowe seriale, zamiast projektować przyszłość, wolą zakładać sprane jeansy i wracać do czasów, gdy największym problemem było nakarmienie Tamagotchi?


fot. kadr z serialu „Rojst”, materiały promocyjne

Powrót do lat 90. w serialach to coś więcej niż tylko kostiumy. To ucieczka od sterylności dzisiejszego świata. Żyjemy w epoce filtrów z Instagrama, gdzie wszystko jest wygładzone i zoptymalizowane. Tymczasem lata 90. w obiektywie współczesnych twórców to czas analogowej brudnej prawdy. Współczesne produkcje nie kopiują tamtej dekady 1:1 – one ją mitologizują. Wybierają to, co w niej najbardziej fotogeniczne: neonowe światła, ziarnisty obraz, kurz osiadający na kineskopowych telewizorach i wolniejsze tempo życia. Tęsknimy nie tyle za konkretnymi przedmiotami, co za uważnością. Bohaterowie tamtych lat nie sprawdzali co pięć minut powiadomień w telefonie. Jeśli chcieli się spotkać, musieli po prostu przyjść pod umówioną klatkę schodową.

Polska nostalgia za latami 90. ma specyficzny, słodko-gorzki odcień. To czas transformacji – wielkich nadziei i równie wielkich rozczarowań. Polscy twórcy nauczyli się opowiadać o tym okresie bez wstydu, za to z ogromnym wyczuciem wizualnym, czego najlepszym przykładem jest serial „Rojst ‘97”. Jan Holoubek po mistrzowsku uchwycił tu duszę tamtej dekady poprzez duszny, małomiasteczkowy klimat i detale, które budują świat przedstawiony: od szeleszczących dresów, przez boazerie w mieszkaniach, aż po wszechobecne poczucie prowizorki. To świat, w którym stare meblościanki sąsiadują z pierwszymi, krzykliwymi reklamami zachodnich produktów, a w powietrzu czuć specyficzny miks dymu z tanich papierosów i nadziei na lepsze jutro.

Zupełnie inny wymiar nostalgii serwuje „Wielka Woda”, będąca wizualnym hołdem dla 1997 roku, ale skupiona na zbiorowym doświadczeniu katastrofy. Tutaj estetyka lat 90. objawia się w ortalionowych kurtkach, charakterystycznych fryzurach „na czeskiego piłkarza” i wystroju urzędów, które wyglądają, jakby czas zatrzymał się w nich dekadę wcześniej.

Na zachodzie lata 90. są eksploatowane jako ostatni bastion normalności przed wielką rewolucją cyfrową. Zagraniczne hity używają tej estetyki, by nadać historiom ciężaru i unikalnego stylu, tak jak robi to „Yellowjackets”. Ten serial to absolutna lekcja stylu tamtej ery, która przeplatając akcję między współczesnością a 1996 rokiem, serwuje nam esencję grunge’u. Flanelowe koszule i kultowa muzyka stają się tłem dla lęków dojrzewającej młodzieży, która w sytuacjach kryzysowych nie ma pod ręką wyszukiwarki Google, co drastycznie podnosi stawkę ich walki o przetrwanie.

W nieco inny sposób z tą materią mierzy się „Cruel Summer”, które bawi się chronologią połowy dekady. Poprzez subtelne zmiany w oświetleniu, nasyceniu kolorów i makijażu bohaterek, twórcy pokazują, jak błyskawicznie ewoluowała ówczesna moda – od kolorowej niewinności początku lat 90. po mroczny, alternatywny look ich końcówki. Nawet w produkcjach takich jak „Derry Girls”, gdzie tłem są konflikty polityczne w Irlandii Północnej, siła nostalgii opiera się na uniwersalnych symbolach: hitach Spice Girls i jeansowych kurtkach z naszywkami. Jest to dowód na to, że lata 90. potrafią być dla widza bezpiecznym azylem nawet wtedy, gdy opowiadana historia dotyka trudnych i niebezpiecznych czasów.

Psycholodzy ukuli termin anemoia – to tęsknota za czasem, którego nigdy się nie przeżyło. To dlatego pokolenie Z, które lat 90. nie ma prawa pamiętać, nosi szerokie spodnie i kupuje aparaty analogowe. Szukają autentyczności w świecie, który stał się zbyt idealny. Dla milenialsów z kolei to powrót do domu. Seriale takie jak „Rojst” czy „Yellowjackets” działają jak koc obciążeniowy. Pozwalają nam na chwilę wrócić do świata, w którym czas płynął wolniej, a relacje były „fizyczne”. Estetyka lat 90. w serialach nie jest więc tylko modą – to manifest. Manifest potrzeby kontaktu z rzeczywistością, która nie jest schowana za szklanym ekranem smartfona. Lata 90. w telewizji nie umarły. One po prostu przeszły lifting, zyskały lepszą rozdzielczość, ale wciąż pachną tak samo: wolnością, buntem i odrobiną tanich perfum z kiosku Ruchu.

Kinga Majchrzak-Telega