Dlaczego oglądamy teen dramy, choć dawno nie jesteśmy nastolatkami?

Wiemy, że to nie jest prawdziwe. A jednak patrzymy jak zahipnotyzowani. I co ważniejsze — wracamy. Odcinek po odcinku, sezon po sezonie. Mimo że liceum mamy dawno za sobą, a nasze życie rzadko przypomina cokolwiek z tego świata. To właśnie w tym napięciu — między świadomością fikcji a potrzebą przeżywania — kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego teen dramy wciąż nas przyciągają.


fot. kadr z serialu „Euforia”, materiały promocyjne

Bo prawda jest taka: teen dramy dawno przestały być o nastolatkach. A przynajmniej nie tylko o nich. Są raczej opowieściami o emocjach w ich najbardziej surowej, nieprzefiltrowanej formie. O stanie, w którym wszystko jest pierwsze, najważniejsze i ostateczne. W dorosłym życiu uczymy się emocje porządkować, układać, racjonalizować. Wiemy już, że pierwsza miłość nie musi być ostatnią, że dramaty mają różne skale, a większość problemów da się rozwiązać bez spektakularnych katastrof. Tymczasem seriale takie jak „Sex Education” czy „Tego lata stałam się piękna” przypominają świat, w którym wszystko wydarza się po raz pierwszy — i przez to urasta do rangi absolutu. Pierwsze zauroczenie nie jest lekkim dreszczem, tylko wydarzeniem, które reorganizuje cały świat bohatera. Pierwsze odrzucenie nie jest przykrym doświadczeniem, tylko emocjonalnym trzęsieniem ziemi.

My już wiemy, że życie tak nie działa. A może raczej: wiemy, że tak nie działa cały czas. Ale gdzieś pod tą warstwą doświadczenia i dystansu wciąż istnieje potrzeba, żeby jeszcze raz poczuć coś „na sto procent”. Teen dramy oferują nam taką możliwość — bez ryzyka, bez konsekwencji, bez konieczności realnego przeżywania. To trochę jak emocjonalny rollercoaster: wsiadamy, bo chcemy poczuć przyspieszone bicie serca, ale jednocześnie mamy pewność, że na końcu bezpiecznie wysiądziemy.

Jednocześnie oglądając te seriale, nie wracamy tak naprawdę do własnej młodości. Wracamy raczej do jej wyidealizowanej, przefiltrowanej przez popkulturę wersji. W „Tego lata stałam się piękna” lato jest zawsze złote, ciepłe i pełne znaczeń. Każde spojrzenie coś znaczy, każda rozmowa prowadzi do przełomu, każda relacja ma potencjał, by stać się historią życia. To nie są wakacje, które pamiętamy. To wakacje, które chcielibyśmy pamiętać. Podobnie działa „Szkoła złamanych serc” — świat przedstawiony jest jednocześnie współczesny i oderwany od konkretnego czasu, jakby zawieszony między dekadami, celowo nierzeczywisty. To przestrzeń, w której problemy są realne, ale ich oprawa już niekoniecznie. Dzięki temu łatwiej w nie wejść, łatwiej się w nich zanurzyć.

Jeszcze ciekawiej robi się tam, gdzie teen drama całkowicie porzuca realizm. „Riverdale” jest tu przykładem niemal podręcznikowym. To serial, który zaczyna się jak klasyczna opowieść o licealnych relacjach, by szybko skręcić w stronę kryminału, absurdu, a momentami wręcz autoparodii. Morderstwa, sekty, gangi — wszystko to w świecie, w którym bohaterowie nadal chodzą do szkoły i piszą sprawdziany. Z jednej strony to kompletnie niewiarygodne. Z drugiej — niezwykle wciągające. Bo właśnie ta przesada, ten brak granic, daje widzowi coś, czego często brakuje w „dorosłych” produkcjach: czystą, nieskrępowaną rozrywkę. Podobny mechanizm działał wcześniej w „Skins” choć tam chaos był bardziej emocjonalny niż fabularny. Bohaterowie żyli intensywnie, szybko, często autodestrukcyjnie. I choć wiele z tych historii było trudnych, momentami wręcz przytłaczających, miały w sobie coś magnetycznego — poczucie, że każda chwila ma znaczenie, że wszystko dzieje się „tu i teraz”.

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich produkcji jest jednak nie tylko emocjonalność, ale też estetyka. Współczesne teen dramy są dopracowane wizualnie do granic możliwości. „Euforia” przypomina momentami galerię sztuki — każdy kadr jest przemyślany, każdy kolor ma znaczenie. „Tego lata stałam się piękna” to z kolei niemal reklamowa wizja lata, w której wszystko jest miękkie, ciepłe i idealnie oświetlone. Nawet „Riverdale”, przy całym swoim fabularnym szaleństwie, buduje bardzo konkretny, rozpoznawalny styl. To sprawia, że oglądanie tych seriali staje się doświadczeniem nie tylko emocjonalnym, ale też wizualnym. Nie chodzi już tylko o to, co się wydarzy, ale jak to zostanie pokazane.

Można więc powiedzieć, że teen dramy oferują nam coś w rodzaju fantazji o młodości — ale nie tej, którą naprawdę przeżyliśmy. Raczej tej, której nigdy nie mieliśmy. Takiej, w której wszystko było bardziej intensywne, bardziej dramatyczne, bardziej znaczące. W której każda relacja miała wagę przeznaczenia, a każda decyzja wydawała się kluczowa. W rzeczywistości większość z nas przeżyła młodość znacznie spokojniej, bardziej chaotycznie w banalny sposób, mniej „filmowo”. I może właśnie dlatego tak dobrze ogląda się historie, które tę młodość przepisują na nowo — nadają jej sens, strukturę, dramaturgię. Nie bez znaczenia jest też fakt, że dziś oglądamy te historie z zupełnie innej pozycji niż kiedyś. Jako nastolatkowie mogliśmy się z nimi utożsamiać bezpośrednio, czasem aż za bardzo. Dziś mamy dystans. Możemy jednocześnie wchodzić w te emocje i je analizować. Przeżywać i komentować. To podwójne doświadczenie — emocjonalne i refleksyjne — sprawia, że teen dramy stają się dla dorosłego widza czymś więcej niż tylko rozrywką. Są też pewnym lustrem, w którym odbija się nie tyle nasza przeszłość, co nasze wyobrażenie o niej. Dlatego oglądamy je dalej. Nie mimo upływu czasu, ale właśnie dzięki niemu. Bo tylko jako dorośli jesteśmy w stanie w pełni docenić tę mieszankę przesady, estetyki i emocji. Tylko z tej perspektywy możemy pozwolić sobie na powrót do świata, w którym wszystko było ważniejsze, bardziej dramatyczne, bardziej „na zawsze”. Z tą różnicą, że dziś możemy w każdej chwili wyłączyć odcinek i wrócić do rzeczywistości, która — choć mniej spektakularna — jest jednak bezpiecznie nasza. I może właśnie w tym tkwi największy paradoks teen dram: oglądamy je nie dlatego, że chcemy znowu być nastolatkami, ale dlatego, że już nimi nie jesteśmy.