Anatomia upadku i magnetyzm cienia: Dlaczego kochamy antybohaterów?

Przez dekady kultura popularna karmiła nas dychotomią, która była równie bezpieczna, co naiwna: jasny podział na etyczny monolit protagonisty i mroczną deprawację antagonisty. Jednak w dobie narracji post-klasycznych, to nie krystaliczni herosi, lecz postacie moralnie niejednoznaczne i często budzące odrazę, stały się centrami grawitacyjnymi naszej uwagi. Fascynacja antybohaterem to nie tylko kaprys współczesnego widza, to przede wszystkim wyraz kryzysu wiary w absolutne dobro oraz cicha zgoda na eksplorację tej części ludzkiej psychiki, którą Carl Gustav Jung nazywał Cieniem. Kibicując postaciom „złym”, nie dokonujemy pochwały niemoralności; raczej wchodzimy w intymny dialog z własnymi deficytami, traumami i stłumioną potrzebą buntu.


fot. kadr z serialu „Pamiętniki wampirów”, materiały promocyjne

Fundamentem tego zjawiska jest mechanizm empatii poznawczej, który twórcy serialowi opanowali do perfekcji. Weźmy pod lupę proces dekonstrukcji moralnej w „Breaking Bad”. Walter White nie jest złoczyńcą z komiksowego nadania; to produkt społecznego zaniechania i egzystencjalnego lęku. Jego transformacja w Heisenberga jest dla widza bolesna, ponieważ odbywa się przy naszej pełnej świadomości każdego kolejnego kroku. White wykorzystuje retorykę konieczności: „robię to dla rodziny”. To genialne oszustwo scenariuszowe sprawia, że stajemy się wspólnikami zbrodni. Nasze kibicowanie Waltowi jest w istocie kibicowaniem własnej zdolności do racjonalizacji błędów. Chcemy wierzyć, że zło może być narzędziem w służbie wyższego celu, co pozwala nam zachować czyste sumienie, mimo że na ekranie piętrzą się trupy.

Zupełnie inną strunę uderzają “Pamiętniki wampirów”, które – choć osadzone w estetyce teen-drama – dotykają głębokiego archetypu skrzywdzonego drapieżcy. Damon Salvatore to postać, której zło jest nierozerwalnie splecione z miłością i odrzuceniem. W jego przypadku antybohaterstwo staje się formą pancerza. Widz, patrząc na jego okrucieństwo, dokonuje podświadomej translacji: „on rani, bo sam został głęboko raniony”. Ta romantyzacja toksyczności jest silnym wabikiem, ponieważ odwołuje się do naszej mesjanistycznej potrzeby naprawiania drugiego człowieka. Kibicowanie Damonowi to wyraz nadziei, że żadne zło nie jest ostateczne, a destrukcyjne instynkty mogą zostać okiełznane przez akceptację. To nie urok mordercy nas przyciąga, lecz obietnica, że miłość posiada moc transmutacji potwora w człowieka.

Jeśli jednak szukamy postaci, która rzuca wyzwanie naszej cywilizacyjnej stabilności, musimy zwrócić się ku “Rodzinie Soprano”. Tony Soprano jest monumentalnym przykładem antybohatera codziennego. Jego brutalność jako bossa mafii nieustannie ściera się z banalnością ataków paniki i prozą życia na przedmieściach. Fascynacja Tonym wynika z faktu, że jest on „złem zlokalizowanym” w strukturach, które znamy: w rodzinie, wśród znajomych, w pracy. Kibicujemy mu, ponieważ reprezentuje on pierwotną siłę i sprawczość, których brakuje w naszym ustrukturyzowanym, pełnym biurokracji życiu. Tony robi to, na co my nie możemy sobie pozwolić – bierze to, czego chce, siłą, a jednocześnie cierpi na te same egzystencjalne lęki, co my.

Ewolucja antybohatera znajduje swoją kontynuację w mrocznych, dymnych ulicach Birmingham w „Peaky Blinders”. Thomas Shelby to postać zdefiniowana przez nihilizm wojenny. Jego amoralność nie wynika z chciwości, lecz z przekonania, że po piekle okopów nic już nie ma znaczenia. Shelby jest „martwy w środku”, co czyni go paradoksalnie niezwykle skutecznym w świecie brutalnego kapitalizmu i walk o wpływy. Kibicujemy mu, ponieważ uosabia on stoicką odporność na ból i bezwzględną lojalność wobec klanu. W świecie Tommy’ego Shelby’ego zło jest jedyną walutą, która pozwala przetrwać, a my, widzowie, podziwiamy jego strategiczny geniusz, który pozwala mu ogrywać system, arystokrację i polityków – graczy teoretycznie „lepszych”, a w rzeczywistości równie zepsutych, lecz pozbawionych jego szczerości.

Zupełnie inny rodzaj moralnego magnetyzmu oferuje „Sukcesja”. Tutaj zło nie nosi pistoletu ani kłów, lecz markowy garnitur i uśmiech socjopaty. Rodzeństwo Roy – Kendall, Shiv i Roman – to postacie głęboko antypatyczne, a jednak wzbudzające w widzu niemal bolesną lojalność. Dlaczego pragniemy sukcesu dla ludzi, którzy niszczą demokrację dla zysku? Odpowiedź tkwi w dziedzicznej traumie. Serial genialnie demaskuje zło jako produkt przemocy emocjonalnej. Kibicując im w walce z ojcem-tyranem, Loganem Royem, wchodzimy w rolę obserwatora rodzinnej tragedii, gdzie każde „złe” posunięcie jest w istocie desperackim wołaniem o miłość. To antybohaterstwo systemowe – tu kibicujemy ofiarom, które same stają się oprawcami, bo nie znają innego języka niż dominacja.

Szczytowym osiągnięciem estetyzacji amoralności pozostaje jednak „Hannibal”. Lecter w tej interpretacji nie jest człowiekiem, lecz siłą natury, mrocznym bóstwem o nienagannych manierach. Tutaj zło zostaje ubrane w jedwabie i podane na porcelanie. Dlaczego kibicujemy kanibalowi? W świecie zdominowanym przez przeciętność, jego geniusz i absolutna kontrola nad otoczeniem stają się hipnotyzujące. W tym przypadku antybohater jest odpowiedzią na naszą ukrytą potrzebę elitaryzmu. Pozwalamy mu robić to, co robi, dopóki robi to z klasą, co odsłania niepokojącą prawdę o nas samych: estetyka często wygrywa z etyką, a piękno formy potrafi zneutralizować ohydę czynu.

Nasze oddanie antybohaterom to nie wyraz upadku wartości, lecz dowód na to, że jako widzowie dojrzeliśmy do prawdy o ludzkiej naturze. Szukamy w nich nie wzorców do naśladowania, lecz potwierdzenia, że świat nie jest czarno-białym manifestem. Antybohaterowie są bezpiecznym poligonem dla naszej moralności; pozwalają nam eksplorować mrok, nie ryzykując utraty światła. Czy to tragiczny nihilizm Shelby’ego, czy toksyczna potrzeba akceptacji rodzeństwa Roy, każda z tych postaci jest lustrem, w którym odbijają się nasze własne lęki przed słabością. W ich porażkach i rzadkich chwilach szlachetności odnajdujemy własne zmagania z codziennością, w której rzadko bywamy świętymi, a często po prostu próbujemy przetrwać w świecie, który nie bierze jeńców.

Kinga Majchrzak-Telega