
Drugie życie hitów: Dlaczego oglądamy to, co nasi rodzice?
Panuje jakieś takie niezrozumiałe przekonanie, że młodość karmi się nowością. Nic bardziej mylnego. Kiedy spoglądamy na rankingi najchętniej oglądanych produkcji na serwisach streamingowych, przecieramy oczy ze zdumienia. Obok ultranowoczesnych hitów widzimy tytuły, które swoje premiery miały w czasach, gdy smartfony były luksusem, a media społecznościowe nie istniały. Ale uwaga: to, co obserwujemy, to nie jest rewatching znudzonych milenialsów. To wielkie, masowe odkrywanie klasyki przez nowe pokolenie, które przejmuje serialową pałeczkę od swoich rodziców i robi to z niemal religijną fascynacją.

Dla dzisiejszego nastolatka czy dwudziestolatka „Rodzina Soprano” czy „Z Archiwum X” nie są gratami z zakurzonej półki. To świeże, genialnie napisane historie, które – o ironio – oferują znacznie więcej niż współczesne produkcje robione „pod młodzież”. Następuje tu fascynujący proces adaptacji: nowe pokolenie bierze te historie i interpretuje je po swojemu, wyciągając z nich to, co dziś najbardziej aktualne. Tony Soprano ze swoją walką o zdrowie psychiczne staje się dla nich uniwersalnym studium depresji i kryzysu męskości, a Mulder i Scully – pionierami w świecie fake newsów i globalnej niepewności a ich walka z Rządem rezonuje z dzisiejszym brakiem zaufania do instytucji bardziej, niż można by przypuszczać.
Jednak ta fascynacja ma jeszcze jedno, głębsze podłoże: jest nim estetyczna tęsknota za analogowym światem, którego nowi widzowie nigdy nie doświadczyli na własnej skórze. W świecie przesyconym cyfrową sterylnością, gdzie wszystko jest wygładzone i natychmiastowe, seriale sprzed dwóch dekad jawią się jako oaza autentyczności. Młodzi ludzie z zachwytem patrzą na świat, w którym bohaterowie używają telefonów z kablami, piszą listy, palą papierosy w biurach i nie są stale dostępni pod mailem czy na Messengerze. Jest w tym pewna surowość, rodzaj “szumu na taśmie”, który dla pokolenia Z stał się synonimem czegoś prawdziwego. Magda M. spacerująca po Warszawie bez wpatrywania się w Google Maps, czy prawnicy z „Suits” przerzucający fizyczne akta w papierowych teczkach, zamiast scrollować PDF-y na iPadzie – to buduje klimat, który współczesna moda nazywa vintage lub retro-aesthetic. To nie jest tylko oglądanie fabuły, to zanurzenie się w rzeczywistości, która miała swój ciężar, zapach i wolniejsze tempo.
Ta „analogowa aura” idzie w parze z luksusem, jakiego nie dają dzisiejsze seriale: bezpieczeństwem wielosezonowości. Współczesna produkcja telewizyjna przypomina szybkie randki – osiem odcinków i niepewność czy serwis nie skasuje projektu w połowie wątku. Wybierając „Chirurgów” czy „W garniturach”, młody widz wchodzi w stabilny, wieloletni związek. Wie, że jeśli coś go poruszy w trzecim sezonie, to przed nim jeszcze dziesięć kolejnych, by to przeżyć. To daje komfort budowania niemal rodzinnej więzi z bohaterami, której nie zastąpi najbardziej efektowny, ale zamknięty w jednym wieczorze miniserial. Odkrywając to, co oglądali ich rodzice, młodzi widzowie znajdują stały ląd na rozhuśtanym morzu krótkich treści.
To zjawisko udowadnia, że wielka telewizja nie zna daty przydatności do spożycia. Jeśli historia jest uniwersalna, a postacie napisane w przemyślany sposób, każde kolejne pokolenie zaadoptuje je do swoich potrzeb. Nie potrzebujemy remake’ów ani rebootów, by stare hity żyły. One żyją dzięki sile swoich scenariuszy, które wytrzymały próbę dekad. Nowi widzowie nie szukają w nich nostalgii, bo nie mogą tęsknić za czasami, których nie pamiętają. Szukają w nich po prostu prawdy i mistrzostwa, których algorytmy dzisiejszych platform nie potrafią jeszcze w pełni podrobić. W ten sposób serialowa sztafeta trwa, a stare hity stają się nowym kanonem, łączącym pokolenia przy tym samym, choć oglądanym na innym ekranie i na innych zasadach, tytule.
Kinga Majchrzak-Telega
