
Wielka ucieczka w format 16:9, czyli jak seriale przerysowały mapę świata
Jeszcze kilka dekad temu nasze wyobrażenie o odległych krainach kształtowały głównie zakurzone encyklopedie, programy przyrodnicze emitowane w niedzielne popołudnia lub w najlepszym przypadku, relacje nielicznych szczęśliwców, których stać było na bilet lotniczy w egzotycznym kierunku. Dzisiaj proces ten uległ radykalnej demokratyzacji, ale też przedziwnemu zniekształceniu. Naszym oknem na świat stały się serwisy streamingowe, a paszportem – subskrypcja premium. Turystyka narracyjna to już nie tylko bierna konsumpcja fabuły, ale specyficzny rodzaj turystyki emocjonalnej, w której granica między scenografią a rzeczywistą architekturą ulega niemal całkowitemu zatarciu.

Współczesna mapa świata nie jest już kreślona wyłącznie przez kartografów, lecz coraz częściej przez reżyserów i scenarzystów, którzy w naszych głowach zamieniają zwykłe punkty geograficzne w krainy pełne głębokich, osobistych znaczeń. To fascynujące, jak bardzo nasze pragnienie odkrywania nowych miejsc zostało przefiltrowane przez soczewkę kamery, sprawiając, że rzadko szukamy już tego, co obiektywnie nieznane. Zamiast tego dążymy do fizycznego potwierdzenia emocji, które wcześniej przeżyliśmy w domowym zaciszu. Zjawisko to, które możemy określić mianem turystyki narracyjnej, sprawia, że nie jedziemy do danego miasta jedynie dla jego architektury czy klimatu, ale po to, by dopisać własny epilog do historii, która nas ukształtowała. Kiedy decydujemy się na podróż, rzadko kierujemy się czystą ciekawością geograficzną; częściej goni nas potrzeba stanięcia w kadrze, który wcześniej wywołał w nas wzruszenie, strach lub zachwyt, co w efekcie zamienia rzeczywiste lokacje w nieme pomniki masowej wyobraźni.
Kiedy zasiadamy przed ekranem, by śledzić losy bohaterów, podświadomie mapujemy ich przestrzeń. Nowy Jork przestaje być dla nas zbiorem anonimowych wieżowców, a staje się labiryntem kawiarni z „Przyjaciół” czy luksusowych apartamentów z „Sukcesji”. Ta swojska bliskość miejsc, których nigdy nie dotknęliśmy, sprawia, że gdy w końcu decydujemy się na prawdziwą podróż, nie jedziemy w nieznane, lecz udajemy się na spotkanie z czymś, co już dawno oswoiliśmy w swojej wyobraźni. To zjawisko sprawia, że turystyka filmowa stała się potężnym motorem napędowym współczesnej gospodarki. Miejsca dotąd zapomniane przez Boga i biura podróży nagle stają się epicentrum globalnego zainteresowania tylko dlatego, że pojawiły się w kilku kluczowych kadrach popularnej produkcji.
Klasycznym przykładem tej transformacji jest chorwacki Dubrownik. Choć miasto to zawsze cieszyło się uznaniem, to dopiero rola Królewskiej Przystani w „Grze o Tron” zamieniła je w absolutną mekkę, do której pielgrzymują miliony fanów spragnionych przejścia tymi samymi schodami, co Cersei Lannister. Podobny los spotkał Islandię, której surowe krajobrazy stały się synonimem epickiej przygody, czy czarnobylską strefę wykluczenia, która po premierze głośnego miniserialu przeżyła prawdziwy renesans zainteresowania, przyciągając poszukiwaczy dreszczyku emocji uzbrojonych w liczniki Geigera i smartfony.
Jednak ta ekranowa miłość do konkretnych lokalizacji niesie ze sobą szereg niebezpieczeństw, które często umykają nam w blasku fleszy. Najpoważniejszym z nich jest zjawisko overtourismu, czyli nadmiernej turystyki, która niczym szarańcza potrafi spustoszyć lokalne społeczności. Małe, urokliwe miasteczka, które zostały zaprojektowane dla kilku tysięcy mieszkańców, nagle muszą mierzyć się z najazdem tłumów, których jedynym celem jest zrobienie idealnego zdjęcia na Instagrama. Prowadzi to do degradacji zabytków, zaśmiecania unikalnych ekosystemów i, co najbardziej bolesne dla lokalsów, do drastycznego wzrostu kosztów życia. Sklepy z artykułami pierwszej potrzeby zmieniają się w tandetne punkty z pamiątkami, a czynsze szybują w górę tak wysoko, że rdzenni mieszkańcy są zmuszeni opuścić swoje domy.
Co więcej, zjawisko to niesie ze sobą ryzyko turystycznego wandalizmu emocjonalnego, gdzie zwiedzający traktują przestrzeń przedmiotowo, nie szanując jej kontekstu, poza tym, który znają z ekranu. Tłumy kłębiące się pod prywatnymi domami czy zadeptywanie rzadkich ekosystemów w pogoni za kadrem znanym z ulubionej sagi to realne zagrożenia dla trwałości tych miejsc. Musimy pamiętać, że każda narracja kiedyś się kończy, a moda na dany tytuł przeminie szybciej, niż nam się wydaje. Jeśli do tego czasu zdążymy zniszczyć to, co w danym miejscu było prawdziwe i pierwotne, zostaniemy z pustą scenografią, której nikt już nie będzie chciał odwiedzać, bo straciła swój pierwotny urok. Prawdziwa sztuka turystyki narracyjnej powinna więc polegać na subtelnym splataniu fikcji z głębokim szacunkiem do realiów, by podróż była mądrym dialogiem z przestrzenią, która tętniła życiem na długo przed tym, zanim stała się częścią naszej ulubionej, serialowej ucieczki.
Marcin Telega
