
,,Robiliśmy to tak, jak nas to bawiło’’ │wywiad z Aleksandrą Piotrowską
Na Festiwalu BNP Paribas Warsaw SerialCon widzowie mieli okazję zobaczyć debiutancki serial ,,Szkoła filmowe: fuksy”, młodej aktorki, Aleksandry Piotrowskiej, która postanowiła spróbować swoich sił po drugiej stronie kamery. Podczas rozmowy opowiedziała, między innymi, o historii powstawania serialu – od samego pomysłu, po premierę w jednym z warszawskich kin.

Zuzanna Śnieżyńska: Skąd pomysł na „Szkołę Filmową: fuksy”? Jaki był ten pierwszy impuls? Jak wyglądały najwcześniejsze momenty powstawania serialu?
Aleksandra Piotrowska: Jestem po aktorstwie i w trakcie studiów dostałam propozycję zagrania w filmie promującym „Wiedźmina”, który robili Marek Hucz i Jan Jurkowski z Grupy Filmowej Darwin. Na planie bardzo spodobało mi się to, że oni po prostu robią coś swojego, nie oglądając się na nikogo i robią to w dodatku na śmiesznie – to jest ich humor, a jednak realizują to dla kogoś. Ten dzień na planie totalnie mnie zafascynował. Spotkałam się potem ze swoim kolegą z roku, Kubą Gąsiorem, i powiedziałam mu: Błagam, zróbmy coś sami. Tego samego wieczoru wymyśliliśmy, że zrobimy mockument o czymś, co znamy najlepiej i skąd bierze się nieskończona liczba absurdalnych historii, czyli o aktorstwie i szkole filmowej.
Skąd pomysł, by serial miał formę mockumentu?
To właśnie chłopaki z Darwinów posługiwali się tą formą, choć nie w formacie serialowym to używali tych środków w swoich filmach. Ja wtedy byłam też w trakcie oglądania któregoś z kolejnych sezonów amerykańskiego “The Office” i byłam tym bardzo pochłonięta. W zasadzie to dopiero po jakimś roku od realizacji naszych zdjęć zrobiło się takie “boom” na komediowe mockumenty w Polsce. Nie wiedzieliśmy też, że w przyszłości będą powstawać filmy „Błazny” i „Utrata równowagi”, również o tematyce szkoły filmowej.
Nasza premiera była później głównie z powodów budżetowych, ale sam pomysł był wtedy naprawdę świeży. Wybraliśmy mockument również dlatego, że ta forma pozwala pracować przy bardzo małym budżecie.
Chciałabyś spróbować swoich sił jako reżyserka czy scenarzystka w innym gatunku niż komedia?
Przede wszystkim jestem aktorką i takie mam wykształcenie. Ale będąc na planie, siłą rzeczy uczę się pracy innych pionów, chłonę to. Naturalne jest więc to, że aktor czasem też próbuje reżyserować.
Na pewno chciałabym dotykać innych form. Na razie nie wiem jeszcze, w jakim kierunku to pójdzie. Przymierzam się do pisania kolejnej rzeczy, w międzyczasie wyreżyserowałam teledysk dla Kubana. Ale myślę, że aktorstwo zawsze będzie na pierwszym miejscu, a cała reszta to dla mnie dodatek i przestrzeń do kreatywnego spełnienia.
Humor bywa trudny. Jak wyglądał proces wyczuwania, co „zagra”, a co nie? Testowaliście żarty, czy po prostu kierowaliście się tym, co Was bawi?
Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, czy coś się „sprzeda”, czy nie. Robiliśmy to tak, jak nas to bawiło. Mieliśmy to szczęście, że pracowaliśmy w grupie. Reżyserowałam razem z Kubą, a na planie był też trzeci reżyser, który prowadził aktorów, gdy my z Kubą graliśmy. Serial montowały cztery osoby, a na wszystkie spotkania montażowe przychodziliśmy wspólnie, konfrontowaliśmy swoje pomysły, dyskutowaliśmy, co kogo śmieszy.
Wydaje mi się, że dzięki temu powstała taka hybryda i coś, co nie jest skierowane tylko do jednej określonej grupy, na przykład studentów szkoły filmowej. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Szliśmy na kompromisy, chociaż oczywiście trzeba było trzymać się określonej wizji, której starałam się pilnować. Jestem naprawdę zadowolona z finalnego efektu.
Dlaczego zdecydowaliście się na formę serialu, a nie filmu? Co w tym formacie było dla Was najbardziej atrakcyjne?
Chyba dlatego, że mieliśmy tak dużo pomysłów, że nie dałoby się ich zmieścić nawet w pełnometrażowym filmie. Na początku serial miał mieć dziesięć odcinków, ale później zorientowaliśmy się, że trzeba to skondensować, ostatecznie wyszło siedem.
W serialu mamy więcej czasu na poznanie postaci, dalsze odcinki ogląda się już praktycznie tak jakbyś oglądała swoich kumpli.
Czy forma serialu wymusiła inne podejście do opowiadania historii?
Na pewno. Ale muszę dodać, że przed „fuksami” nie stworzyliśmy niczego własnego. Braliśmy udział w różnych projektach, ale jako aktorzy. Jako scenarzyści byliśmy kompletnymi debiutantami, nie studiowaliśmy reżyserii ani scenopisarstwa, tylko aktorstwo, więc trudno mi porównać.
Wrzuciliście się więc na głęboką wodę.
Tak, dokładnie.
Zanim poszłaś na aktorstwo, studiowałaś terapię zajęciową. Co się wydarzyło, że postanowiłaś zmienić swoją ścieżkę?
Studiowałam terapię zajęciową przez jeden dzień. To był raczej plan B – coś „na w razie czego”. Dostałam się wtedy także do prywatnej szkoły filmowej w Warszawie i myślałam, że połączę te dwa kierunki, ale okazało się, że zajęcia są tak wymagające i tak rozłożone czasowo, że zdecydowałam się na dziekankę na dwa lata. Ostatecznie po tym czasie dostałam się na aktorstwo do Łodzi i tam skończyłam studia.
Czytając o Tobie, odniosłam wrażenie, że Twoim największym wrogiem jest nuda i uwielbiasz próbować nowych rzeczy. Czy faktycznie tak jest? Skąd to w sobie masz?
Tak, to prawda. Nie lubię się nudzić. Generalnie od dziecka byłam bardzo aktywna – jeździłam na deskorolce, chodziłam po drzewach. I to zostało mi do dziś. Teraz robię prawo jazdy na motocykl, byłam na obozie surfingowym, jeżdżę konno, trenuję boks. Próbuję różnych rzeczy trochę dlatego, że nie umiem usiedzieć w miejscu. Zaczęłam rozumieć, że po prostu taka jestem i muszę wymyślać sobie nowe aktywności. Z drugiej strony uczę się też odpoczywać i być sama ze sobą.
Odbiór serialu jest bardzo pozytywny. Jak reagujesz na ciepłe komentarze i opinie?
Jest to bardzo miłe. Premiera odbyła się w zeszłym roku w kinie Muranów, sala była pełna, bilety wykupiły się wszystkie. To niesamowite uczucie widzieć kilkaset osób oglądających coś, co zrobiłaś. Zdarza się oczywiście, że komuś się to w ogóle nie podoba i ja to absolutnie rozumiem. To świetne uczucie umieć się z tym pogodzić. Ryzyko jest nieodłącznym elementem tego zawodu. Wolę usłyszeć słowa krytyki niż nie usłyszeć niczego, każda reakcja jest dla mnie ważna.
Była jakaś reakcja widza, która szczególnie zapadła Ci w pamięć lub Cię zaskoczyła?
Zawsze zaskakuje mnie to, jak różnie ludzie oceniają odcinki. Jedna osoba mówi, że ten jest najlepszy, druga, że zupełnie inny. Dla mnie czwarty odcinek jest takim sztandarowym – najbardziej „bez hamulców”, najbardziej odjechanym. Niektórzy uważają, że jest super, inni, że jest zbyt insajderski i osoby spoza branży tego nie zrozumieją. Ale dotychczas ludzie spoza środowiska oceniali go bardzo pozytywnie. Ciekawy jest więc ten kontrast między tym, co nam się wydaje, a tym, jak to faktycznie trafia do widza i go śmieszy.
Wydaje mi się, że niekoniecznie trzeba coś rozumieć, żeby to na nas zadziałało.
Też tak myślę. Każdy fragment serialu ma kilka warstw i każdy wyciągnie z niego coś innego, rozśmieszy go to z innego powodu. Nasz serial ma różne płaszczyzny i myślę, że to jego siła.
Zuzanna Śnieżyńska
