
Nie ma znaczenia, czy kocha się kogoś w oficerkach, czy w trampkach │wywiad z Ireneuszem Czopem
Na BNP Paribas Warsaw SerialCon widzowie mają okazję przenieść się do Wrocławia lat 30-tych dzięki serialowi „Breslau”. Ireneusz Czop, serialowy Johann Holtz, opowiedział nam o swoich przemyśleniach związanych z pracą przy serialu historycznym. Jakie trudności i dylematy mogą się pojawić po drodze? Czego nauczył się podczas przygotowań do roli?

Jak przygotowywał się Pan do wejścia w realia lat 30-tych serialu „Breslau”? Czy wymagało to od Pana jakiegoś researchu, np. historycznego?
Tak, to jest jedna z tych przestrzeni, którą aktor musi wykonać. Po pierwsze jest to serial historyczny, po drugie grałem tam nie tylko wojskowego, lecz także polityka, i to niemieckiego. Akcja dzieje się w 1936 roku. Wydaje nam się, że o historii dużo wiemy, a potem zaczynamy czytać, konfrontować swoją wiedzę z historykami czy specjalistami i okazuje się, że nie zawsze jest tak, jak myśleliśmy. Ja na przykład nie wiedziałem, że Wrocław tak krótko jest miastem polskim.
Rzeczywiście dotykaliśmy trudnych tematów, dotyczących między innymi eugeniki oraz całej mocno wątpliwej i agresywnej polityki faszystowskiej. Musieliśmy spróbować zrozumieć, jak oni wtedy myśleli. Mamy dziś zupełnie inny świat – inne relacje, inny status społeczny kobiet i mężczyzn. To rozbija się na różne poziomy, od tych bardzo wysokich, politycznych, przez społeczne, aż po intymne, na przykład to, jak traktowano dzieci.
Więc musiał Pan spojrzeć na swoją rolę bardziej z perspektywy tamtych czasów niż z dzisiejszej?
Myślę, że to jest trochę historia mieszana. Z jednej strony kuszące byłoby stworzyć „kartkę z kalendarza” z tamtych lat, ale wtedy powstaje muzeum. Bo nagle wchodzimy w przestrzeń, w której mówimy: „a on zachowywał się tak, a ta pani ubierała się tak”. Tymczasem w gruncie rzeczy chodzi o to, jak my opowiadamy o tym współczesnemu widzowi. Czy my się w ogóle zmieniliśmy? Czy te problemy są nadal aktualne?
Okazuje się, że w wielu przypadkach wcale aż tak dużo się nie zmieniło. Człowiek niewiele zmienił się w swoich namiętnościach i oczekiwaniach. Oczywiście, zmienił się kontekst społeczny, technologiczny, ale czy naprawdę jest różnica, czy kocha się kogoś w oficerkach, czy w trampkach? Moim zdaniem nie. Ogromne znaczenie ma natomiast to, jak połączyć prawdę historyczną z chęcią przekazu dla współczesnego widza.
Czy odkrył Pan Wrocław na nowo?
Ja mam takie szczęście do Wrocławia, że sporo filmów, seriali czy zadań teatralnych kumuluje mi się tam w jednym czasie. Bywa, że jestem tu co roku, czasem na dłużej. Mam więc szerokie spektrum Wrocławia i oglądam go z różnych perspektyw. Czasem są to obrzeża, czasem akweny wodne, stare szpitale, miejsca już trochę zapomniane, takich lokacji szczególnie szukaliśmy przy kręceniu „Wielkiej wody”. Ale pracowaliśmy też na wspaniale przebudowanych ulicach, żeby pokazać, jak powódź wyglądała i jak „zawłaszczyła” sobie miasto.
Także w przypadku „Breslau” to miasto okazało się właściwie gotową lokacją dla roku 1936: fantastyczne place, kamienice, brukowane ulice. To wszystko wciąż ma w sobie podpis tamtych lat, co jest niezwykle cenne dla kina. I myślę, że nie tylko dla kina.
Ostatnie pytanie, o kostiumy. Wiele mówi się o tym, że były one bardzo misternie wykonane, szyte na miarę, dopracowane w detalach.
Tak, to prawda. Ja miałem nawet swoje prywatne buty, o które poprosiłem mojego szewca, pana Adama, w Teatrze Narodowym, zrobił je fantastycznie. Ale rzeczywiście sama koncepcja kostiumów – kolory, faktury, to że są wierne epoce, a jednocześnie nadal atrakcyjne wizualnie – to zasługa Agaty Culak.
I zachwycające efekty jej pracy doskonale widać w serialu. Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję bardzo.
Zuzanna Śnieżyńska
